poniedziałek, 16 lutego 2009

Z cyklu "Horyzonty" - Filter " Anthems For The Damned"


Od pewnego czasu noszę się z zamiarem spróbowaniu moich sił w pisaniu recenzji albumów muzycznych. Jako, że muzyka jest niezwykle ważna w moim życiu postanowiłem poszerzać swoje horyzonty i słuchać jak najwięcej. Bezsprzecznie najsilniej związany jestem z muzyką rockową, dlatego zazwyczaj recenzje będą dotyczyły płyt z taką właśnie muzyką. Nie zabraknie jednak na pewno innych gatunków, które lubię, i o których mam chociaż pewne pojęcie. Nigdy wcześniej nie pisałem recenzji, więc bądźcie wyrozumiali. Mam nadzieję, że z czasem się rozkręcę.

Moją dziewiczą recenzją będzie Filter "Anthems for the damned".
Kapela na polskim rynku mało znana. Powstała w 1993 roku w USA, dzięki inicjatywie dwóch członków Nine Inch Nails, Richarda Patricka oraz Briana Lieseganga. Do tej pory nagrali jedynie 4 albumy, lecz głównie dlatego, że zespół często zawieszał swą działalność. "Anthems for the damned" został wydany w 2008 roku i od razu spotkał się niezwykle entuzjastycznym przyjęciem czego efektem było między innymi 60 miejsce na liście Billboardu. Płyta zawiera 12 utworów, które w sumie dostarczą nam prawie 50 minut porządnego rocka.
Nie jest to jednak album w stylu "sex, drugs and rock & roll". Niesie pewne przesłanie. Prosty, ale bardzo czytelny apel o pójście po rozum do głowy i zaprzestanie bezsensownych wojen toczących się na całym świecie. Już pierwszy kawałek "Soldiers of Misfortune" dość wyraźnie daje do zrozumienia, iż Partick jest zdecywanym przeciwnikiem przemocy w każdej postaci. Nie używa skomplikowanych metafor, nie szasta porównaniami homeryckimi, nie owija w bawełnę. Śpiewa jak jest.

Jeśli chodzi o głos Patricka to przypomina swą barwą Chrisa Cornella z Audioslave, szkoda jednak, że w delikatnych partiach jest...za delikatny, ale nie jest to wada, a raczej kwestia gustu. Zastanawiam się co by mu zarzucić, lecz nic poważnego nie przychodzi mi do głowy. Richard ma kawał głosu i wykorzystuje to na każdym kroku.

Gitary robią swoje. Riffy są mocne i proste (The Take, What`s Next), często słychać zmiany stylu, raz delikatnie, raz na ostro czyli jest wszystko co powinno być w prawdziwym rocku. Brakuje chyba tylko karkołomnych solówek, ale po raz kolejny to jedynie kwestia gustu.
Na uwagę zasługuję ostatni utwór na płycie o enigmatycznym tytule "Can Stop This". Jedyny instrumentalny kawałek, swoim niepowtarzalnym klimatem świetnie pasowałby do filmu grozy, a jak wiadomo Filter ma już za sobą przygodę z komponowaniem ścieżek filmowych (The X-files, Spawn).
Na koniec coś o pozostałych intrumentach. Spełniają swoją rolę bardzo dobrze i wiele im zarzucić nie mogę. Bas buduje klimat oraz napięcie, czyli to co powinien robić. Szkoda, że brakuje momentów, kiedy można go również usłyszeć, a nie tylko poczuć. Bębny po za kilkoma wyjątkami (The Take), nie rzucają na kolana. Mika Fineo nie idzie jednak na łatwiznę i stara się, aby nie brzmieć monotonnie. Nie przeczę, udaje mu się to prawie całkowicie. Ale jak wiemy, prawie robi wielką różnicę.

Podumowując album "Anthems for the damnded" to porcja porządnego kalifornijskiego rocka. Mało odkrywczy, ale za to doszlifowany i dopieszczony w każdym calu. W mojej skali od 1 do 10: mocna 7 :)

niedziela, 15 lutego 2009

Bilobil

Czemu Bilobil?

Bo zapomniałem o czym miałem pisać :) Dosłownie przed momentem miałem w głowie temat kolejnego posta a teraz mam pustkę. Piszę co mi przyjdzie do głowy więc wybaczcie ewentualny chaos. Dodatkowo stan upojenia alkoholowego sprawia, że moje wypowiedzi mogę być niegramatyczne i nielogiczne, dlatego sorry. Może chociaż będzie śmiesznie. Kto wie :P

Jest godzina pierwsza w nocy. Siedzę sam i zastanawiam się co by tu spłodzić. Jak wcześniej pisałem przed momentem miałem super temat, a teraz nie mam nic. Będę więc pisał co przyjdzie mi do głowy.

Zauważyłem pewną zmianę w swoim zachowaniu. Mam nadzieję, że pozytywną. Staram się być odrobinę poważniejszy. Dotychczas odbierany byłem (tak mi się przy najmniej zdaję) jak 16-latek. Nic w tym złego, ale jednak całe życie nie można być dzieckiem. Przy najmniej nie tylko dzieckiem. Zawsze będę miał coś z 16-latka i jestem z tego dumny. Radość i beztroska licealisty jest dla mnie bezcenna. Wiem jednak, że życie wymaga ode mnie czegoś więcej. Nie mogę całe życie być Maciusiem :) Trzeba czegoś więcej....

Dzisiaj zdałem sobie sprawę, że pewien etap mojego życia minął. Wiedziałem o tym od pewnego czasu, ale po raz kolejny utwierdziłem się w swoim przekonaniu. Zaczynam się głębiej zastanawiać nad motywami mojego działania. Potrafię powiedzieć dlaczego podejmuje pewne decyzję. Powoli rozumiem siebie. Podkreślam jednak, że powoli. Trzeba czasu, żeby zrozumieć co nami kieruje. Z dnia na dzień nie jesteśmy w stanie pojąć tego co nas otacza. Ale fakt, że próbuję podnosi mnie na duchu:)

Wiem!!!
Przypomniałem sobie o czym miałem pisać :D
Jednak nie jest ze mną, aż tak źle :)

Biorąc prysznic zacząłem się zastanawiać co ludzie w moim wieku robią w wolnym czasie. Powiedzmy, że chodzi o tych, którzy już pracują. Pominę motywy, które kierowały nimi przy podjęciu decyzji o rozpoczęciu kariery zawodowej. Nie interesuje mnie to. Nie chce się w to zagłębiać. Ale zastanawiam się co takie osoby robią i będą robić w wolnym czasie.

Na początku napiszę, że jestem osobą niepracującą (jeszcze) i cieszę się z obecnego stanu rzeczy. Intryguje mnie jednak jak radzą sobie osoby "czynne zawodowo". Jak wygląda ich życie prywatne. Czy mają czas na realizowanie swoich pasji? Czy takie pasie w ogóle posiadają ? Jeśli brak jest pasji to może chociaż hobby. Jeśli nie ma hobby to może zainteresowania ? Oby coś zostało...
Sam mam mnóstwo czasu na realizację swoich zainteresowań. Staram się go wykorzystać póki mogę. Nie dostałem oczywiście tego czasu w prezencie. Gdyby nie to, że uczelnia płaci mi za to, że się uczę i uprawiam sport, pewnie musiałbym poświęcić mój wolny czas na pracę zarobkową na czym ucierpiałyby moje pragnienia. Nic przecież nie ma za darmo. Skoro już mam ten czas to wykorzystuję go jak najlepiej. Ale co z ludźmi którzy tego czasu nie mają tyle co ja. Czy wykorzystują go "dobrze"? Czy robią to co lubią?

Nie jest tak, że nie wiem jak to jest wracać zmęczony po pracy. To nie tak, że jestem leniem. Jednak, zastanawiam się co młodzi ludzie robią po pracy. Czy jedyne na co ich stać to wyłożenie się przed telewizorem / komputerem i obejrzenie filmu / serialu ? Czy jedynym sposobem na spędzenie weekendu jest wycieczka krajoznawcza do centrum handlowego? Może popadam w skrajności, ale w gruncie rzeczy tak jest łatwiej pokazać mój punkt widzenia.

Co jeśli nasza praca zawodowa nie jest jednocześnie realizacją naszych marzeń, pragnień czy zainteresowań (w większości przypadków tak niestety jest)? Czy staramy się je realizować w życiu prywatnym. Bardzo prawdopodobne, że moja praca nie będzie mieć większego związku z moimi zainteresowaniami. Nigdy jednak nie pozwolę, aby stała się ważniejsza od tego czego ja chcę.

Mam jednak wrażenie, że młodzi ludzie (oczywiście nie wszyscy) w momencie gdy zaczynają zarabiać zapominają o tym co ważne. O tym co najważniejsze. O sobie. O swoich marzeniach. Rezygnują z nich na rzecz pracy. Rozumiem, że sytuacja może zmusić to harówki wymagającej wielu wyrzeczeń. Rozumiem, że są różne sytuacje. Nie chce generalizować. Piszę o tym co widzę na co dzień. Dlaczego brakuje nam sił na realizacje naszych pragnień? Dlaczego odpuszczamy? Przecież każdego z nas stać na coś więcej. Jest tyle wiedzy, którą można zdobyć. Tyle książek, które można przeczytać. Tyle miejsc do odwiedzenia. Tyle muzyki do wysłuchania. Tylu ludzi do poznania. Zamiast tego po powrocie do domu siadamy w fotelu i oglądamy "M jak Miłość" czy inny szmelc....Czy warto harować po to tylko żeby mieć lepszy samochód czy większy dom? Przecież można tak pięknie wykorzystać dany nam czas...

Nie zrozumcie mnie źle. Wiem, że nie wszyscy mogą sobie na to pozwolić. Wiem, że moje życie jest proste (póki co). Nie chce nikomu nic narzucać. Ale jeśli tylko czujecie, że w Waszym życiu czegoś brakuje, że nie czujecie się spełnieni, to odpuście te nadgodziny, zrezygnujcie z nowego kina domowego zamiast tego spełnijcie swoje marzenie, poświęćcie czas swojemu hobby, spędźcie więcej czasu z rodziną. Kończę z tymi mądrościami bo czuję, że przeginam. Nic nikomu nie narzucam. Róbta co chceta...........


Edit.
Jest już niedzielne przedpołudnie a ja postanowiłem przeczytać co napisałem. Pomimo tego, że kładąc się miałem helikopter w ogniu, a pisząc literki mi się myliły nie jest chyba tak źle ;) Nawet jeśli się powtarzałem :P to nie będę tego zmieniał. Niech będzie śmiesznie. Jednak pisanie pod wpływem alkoholu różnie się może skończyć dlatego w przyszłości będę się starał go unikać.

piątek, 13 lutego 2009

Everybody lies

Przeglądając Youtube (a robię to prawie codziennie, takie małe "dziecko youtube" ze mnie) natrafiłem na bardzo interesujące zjawisko. Kliknąłem na filmy wideo i wyświetliły się najczęściej oglądane klipy z ostatniego tygodnia, o ile się nie mylę. Zazwyczaj pojawiają się tam nowe teledyski jakiejś gwiazdki pop albo skróty meczów (wiecie, że obie formy "meczy" oraz "meczów" są poprawne ?:) ). Tym razem było coś zupełnie innego. Większość tych najczęściej oglądanych filmów dotyczyło przykrej sprawy egzekucji polskiego geologa. Zacząłem się więc zastanawiać. Czy rzeczywiście Polacy to naród z tak wysoko rozwiniętą empatią? Czy może szukamy w Internecie rozrywki, jaką serwowali swojemu ludowi cesarze rzymscy w Koloseum, bo niestety takie skojarzenie przychodzi mi do głowy.
Nie wierzę, że te setki tysięcy (sic!) wyświetleń są szczerym wyrazem współczucia rodzinie ofiary. W końcu można zobaczyć jak ktoś na prawdę ginie. Przecież to paranoja. Nie obejrzałem żadnej relacji z tego zdarzenia. Nie interesuje mnie przemoc i nie potrafię zrozumieć jak kogoś może interesować oglądanie czyjejś śmierci. Dla mnie to jest chore. Jednak ciekawi mnie inna sprawa.
Hipokryzja.
Ginie jedna osoba, fakt, że w tragicznych okolicznościach, ale nagle poruszone zostaje niebo i ziemia, żeby ukarać winnych i nie dopuścić to takiej sytuacji w przyszłości. W telewizji mówi się tylko o tym. Powstają filmy dokumentalne. Ja chyba jestem z innej planety ponieważ nie rozumiem tego zamieszania. Codziennie w Polsce ginie w tragicznych wypadkach mnóstwo osób. Ludzie umierają z głodu i zimna. Dlaczego o tym się nie mówi? Dlaczego robi się tak mało, żeby im pomóc? W gruncie rzeczy to proste. Łatwiej jest narobić medialnego szumu, publicznie okazać współczucie oraz złożyć tonę obietnic bez pokrycia tylko po to, żeby w sondażach zyskać kilka punktów. Nie ma się co oszukiwać. Jakby to powiedział dr Gregory House "Everybody lies"...

Co by było gdybyśmy nie kłamali? Czy świat funkcjonowałby tak sprawnie jak teraz? Nie. Moim skromnym zdaniem gdyby człowiek był niezdolny do kłamstwa, daleko by nie zaszedł. Każdy z nas kłamie. Niektórzy mniej, inni więcej. Najczęściej dlatego, że kłamstwo jest najprostszym wyjściem z trudnych sytuacji. Idziemy po linii najmniejszego oporu, bo po co się wysilać i spinać jak można się przez życie "ślizgnąć". Jednak najprostsze rozwiązanie nie zawsze jest najlepsze. Niestety (a może na szczęście) na dłuższą metę kłamstwo nie prowadzi do niczego dobrego. To jest jak z uzależnieniami. Jak już zaczniesz to ciężko jest przestać. Trzeba kłamać więcej i więcej. Wymyślać co raz większe ściemy. Wyjść z tego jest trudno, nawet bardzo trudno. Sam czasami kłamię, na ogół nie są to poważne przewinienia (chyba nie spalę się w piekle, jak powiem mamie, że jadłem pyszny obiad, a tak na prawdę to pochłonąłem kolejną puszkę pasztetu z ketchupem) ale kilka razy zdarzyło się porządnie kogoś oszukać. Nie jestem z tego dumny i nigdy nie będę. Staram się tego nie robić, sumienie mi nie pozwala. Niestety zdarza się też przegiąć w drugą stronę i powiedzieć coś zbyt szczerze. Co lepsze? Mam nadzieję, że odpowiedź jest dla Was oczywista...

wtorek, 3 lutego 2009

Stare ale jare

To już drugi raz jak zabieram się za pisanie tego posta.Za pierwszym szlag trafił mój komputer i mnóstwo tekstu wyparowało.Trudno się mówi, głowa do góry i piszemy jeszcze raz.
"Complaining is silly. Either act or forget"
Na przyszłość będę pisał tylko w notatniku



Tym razem w głośnikach słucham ostatniej płyty Slipknota więc tekst może będzie trochę ostrzejszy. Zobaczymy. Miałem pisać o grach i o roli jakiej odegrały one w moim życiu, a szczególnie w dzieciństwie.

In the begging there was only Rambo...

Tak tak.
Gry telewizyjne "Rambo".
Ponad 100 niezapomnianych i unikatowych gier, które do dzisiaj są niezwykle grywalne. Niestety hardware już ledwo żyje, ale co jakiś czas udaje mi się je odpalić. Szczerze mówiąc, nie pamiętam za dobrze kiedy i od kogo dostałem te gry. Pamiętam jednak, że była to jedna z moich ulubionych rozrywek.Razem z siostrą i kuzynostwem zagrywaliśmy się w "Żabki" i "Samolociki". Zdarzało się, że dołączali do nas rodzice i wtedy było śmiechu co nie miara. Nie dla tego, że nie potrafili grać, tylko, że "w kupie raźniej".

And then came PC...

Prawdziwe giercowanie zaczęło się jednak wraz z otrzymaniem prawdziwego komputera. Miałem wtedy 9 lat. Z tego co pamiętam to był to prezent na komunię,trochę spóźniony bo dopiero we wrześniu go otrzymałem, ale to było najmniej ważne. Dobrze pamiętam, jak pewien pan informatyk, formatował oraz defragmentował nasz, spory jak na tamte czasy, 200 MB dysk twardy. Musiała być to bardzo ważna scena dla mnie, gdyż dokładnie pamiętam ten niebieski ekran i żółtą czcionkę. Potem szybki transport komputera do Andrychowa i oczekiwanie na pierwsze odpalenie.

Thou shall have no other computers before me...

Rankiem odpaliliśmy kompa. Pierwszymi grami w jakie miałem okazję zagrać były "Literki" (nie pamiętam za bardzo o co w nich chodziło, ale wiem, że były) oraz "Blockout", czyli trójwymiarowy tetris. Razem z tatą pobijaliśmy codziennie nowe rekordy. Z czasem gier zaczęło przybywać. Arkanoid, Centurion, Wolfpack, Pirates (miłość do nich nadal kwitnie ;) ), Cannon Fodder, Scorch, Colgate, Golden Axe, Civilization, Alladin, TheLion King, Prince of Persia, Lemmings, Worms, The Settlers, Eye of the Beholder, F-15, Dizzy, Ducktales, DynaBlaster, Winter and Summer Olympics, Stunts, Championship manager 92/93, LBA, TiM, The Lost Vikings to tylko najbardziej popularne tytuły, w które grałem. Niesamowite jest to, że z każdą z tych gier wiążą się niepowtarzalne wspomnienia i historie. Nie zamierzam ich wszystkich opowiadać bo zajęłoby to mnóstwo czasu, a po za tym kto by to czytał :)
Wrócę jednak do tego o czym miałem napisać. Mianowicie o tym, jak te wszystkie gry wpłynęły na moje życie. Granie nie było oczywiście moim jedynym zajęciem. Zawsze miałem sporo do roboty. Dodatkowe zajęcia z angielskiego, treningi karate, piłki nożnej a potem siatkówki. Byłbym zapomniał o SKSach. Było co robić. Jednak kiedy już miałem wolny czas to najchętniej grałem. Lubiłem to chyba dlatego, że wtedy byłem sam. Oczywiście często zapraszałem kolegów bo przecież "w kupie raźniej". Zastanawiam się co mogłem robić gdybym nie miał komputera.

Hmmmmm...Pomyślmy.
Sportu uprawiałem mnóstwo, więc gdybym jeszcze więcej trenował pewnie teraz przygotowywałbym się do olimpiady w tenisa stołowego albo świętował brązowy medal mistrzostw świata z piłkarzami ręcznymi ;) Trochę żałuję, że nie poświęciłem sie jeszcze bardziej uprawianiu sportu ale z drugiej pewnie nigdy nie realizowałbym innych pasji jak na przykład gitara.
Mogłem więcej czasu spędzać z kumplami. To jest opcja. Z drugiej strony, towarzystwo z podstawówki nie należało to najlepszych, biorąc tylko na przykład kradzieże, bójki i inne niezbyt ciekawe zjawiska jakich byłem świadkiem. Kto wie jak bym skończył.
Mogłem więcej się uczyć i czytać. Ale nikt mnie do tego nie zmuszał bo nie było potrzeby. Oceny miałem bardzo dobre, a nie stawiałem tak zażartego oporu przed czytaniem lektur jak niektórzy.
Na dziewczyny było wtedy za wcześniej. Na imprezy i używki tym bardziej. Z rodzicami chyba spędzałem sporo czasu. Myślę, że było w sam raz.

Wniosek jest prosty. Gry wcale nie były takie złe. Nauczyły mnie logicznego myślenia oraz kreatywności. Rozwinąłem też dzięki nim mój język angielski. Poznałem trochę historii świata. Znałem na pamięć wszystkie wysepki na Karaibach. Same plusy.

Teraz o minusach. Czasami przeginałem. To fakt. Wszystko jest dla ludzi ale trzeba trzymać umiar. Ja o nim momentami zapominałem. Powiedzmy, że nie znajduję teraz innych minusów :P Sytuacja jednak w tamtych czasach była lepsza. Gry powstawały od nowa. Każda była unikatowa. Pojawiały się nowe typy gier. Nie było tyle przemocy i seksu na ekranach. Obecnie co raz trudniej jest stworzyć coś oryginalnego. Szuka się rozwiązań tworząc nowe kontrolery do gier jednak to za mało. Czasami pojawiają się jakieś perełki, lecz rzadko. Dziś mało jest gier przeznaczonych dla 10-latków. Nikt nie dba o to, że młode szczyle mordują w GTA 4 czy kręcą filmy porno w Sexy Empire. Kiedyś nie było co kontrolować :) Nawet jeśli gra była o potworach itp. to grafika była tak żałosna, że nawet niemowlak by się nie przestraszył. Nikt tego nie brał na
poważnie.
Cieszę się, że nie urodziłem się teraz, albo 5 lat temu. Super, że wychowywałem się w innych czasach. Chyba trafiłem idealnie z pojawieniem się na ten świat. Zobaczymy za pewien czas w jakie gry będą grać moje dzieci (trochę to jeszcze potrwa:) ). Ciekawe czy tatusia znowu wciągnie w giercowanie...

niedziela, 1 lutego 2009

Luty


Luty.

Nowy miesiąc.
Nowe pomysły.
Nowe nadzieje.
Czas coś napisać.

Dzisiaj był jeden z tych dni, kiedy nie ma się nawet czasu swobodnie pomyśleć. Lubię takie dni. Mam wrażenie, że nie tracę czasu, że wykorzystuję go w pełni. Cieszę się chwilą i tylko to się liczy. Potem jednak przychodzi moment, kiedy można na spokojnie przemyśleć wszystkie rozmowy, decyzje, spotkania i wydarzenia minionego dnia czy tygodnia. Nie zdawałem sobie jeszcze niedawno sprawy jak ważny jest właśnie ten czas. Wystarczy poświęcić dosłownie chwilę każdego dnia i zadać sobie kilka pytań. Po co zrobiłem to co zrobiłem? Dlaczego tak się zachowałem? Po co to mówiłem? O co mi chodzi? Niełatwo na te pytania odpowiedzieć bez wahania. Nie na początku. Trzeba poznać siebie. Zrozumieć czego chcemy i co nami kieruje. Bez tego nasze życie może być zlepkiem nieistotnych, chaotycznych, nieidealnych, małych i bezcelowych momentów nie tworzących żadnej logicznej całości. Głupio tak obudzić się po kilkudziesięciu latach i uświadomić sobie, że przecież ja nie wiem po co ja tu jestem, że nie zrobiłem nic by się dowiedzieć, że przespałem większość życia. Warto myśleć o tym co robimy i jakie mogą być tego skutki.

Odpowiedzialność.
Nie wiem czy jestem odpowiednią osobą do pisania na ten trudny temat. Ale trzeba kiedyś spróbować. Ostatnio staram się (niestety nie do końca to wychodzi) więcej myśleć o konsekwencjach moich (ale i nie tylko moich) wyborów. Najlepsze jest gdy podejmiemy jakąś, powiedzmy w danym momencie uznaną za jedyną słuszną i prawidłową, decyzje a już po chwili żałujemy, że nie można się cofnąć w czasie. I tutaj zaczynają się schody ponieważ „Powrót do przyszłości” to tylko film a Stewie z Family Guy nie zbuduje dla nas wehikułu czasu. Nawet „repleya” nie dały. Wszystko się komplikuje. Jakoś jednak trzeba sobie radzić. Skoro nie możemy się cofnąć to trzeba zajrzeć w przyszłość. Może warto chwilę dłużej pomyśleć, zanim się coś powie/nie powie albo zrobi/nie zrobi (niepotrzebne skreślić). Rozważyć co się może stać. Nie jesteś czegoś pewien, to morda na kłódkę i się zastanów. Czasu jest sporo. Myśl więc z kim się zadajesz, komu powierzasz swoje tajemnice, z kim sypiasz. Potem zadaj sobie moje ulubione pytanie : Czemu ? Chyba nie ma częściej zadawanego przeze mnie rodzaju pytań, niż te zaczynające się właśnie od czemu. Gdy i to już wiesz, to jeszcze pomyśl o innych. Każdemu z nas się wydaje, że jest przecież królem tego świata i wokół niego wszystko się kręci, proste. Ale nie zapomnijmy, by pamiętać (moje nowe powiedzonko), że każdy król ma „poddanych”, o których trzeba dbać i myśleć. Bez „poddanych” nie ma króla, a bez króla „poddanych”. To chyba tyle. Niby trochę tego jest, ale przecież nie mówię, żeby tak rozmyślać nad decyzją kupna odpowiedniego kija do szczotki czy programu telewizyjnego. Jakby to powiedział pewien ziom z Zielonej Góry: „jak ktoś nie zna słów to nie żrożumie”.Za jego radą - poznajmy te słowa.

sobota, 17 stycznia 2009

Edukacja muzyczna

Zastanawiałem się na tematem mojego kolejnego posta i stwierdzam, że napiszę o czymś co lubię. O czymś bez czego nie mogę żyć. Konkretnie o muzyce.

Odkąd pamiętam w moim domu była muzyka. Oczywiście nie na okrągło, bo co za dużo to niezdrowo ale jednak często można było słyszeć jakąś płytę winylową z, bądź co bądź, bogatej kolekcji mojego ojca, która prawdopodobnie będzie kiedyś sporo warta. Też dzięki niemu w moim dzieciństwie królował Queen i Michael Jackson z płytą "Bad", do której tańczyłem jak szalony na środku pokoju gościnnego.

Z mojej edukacji muzycznej w szkole podstawowej nie jestem zbyt dumny, ale też się jej pod żadnym pozorem nie wstydzę. Oprócz wspomnianych wcześniej klasyków, wspomaganych takimi hitami jak album "Money for nothing" Dire Straits, zacząłem słuchać szeroko pojmowanej muzyki elektronicznej, przy najmniej ja ją tak nazywam. Głównie techno. ATB i tym podobne. Na pierwszym miejscu była jednak ścieżka dźwiękowa z filmu "Mortal Combat", której namiętnie słucham do dziś. Wraz z upływem lat zacząłem jednak dostrzegać, że to muzyka rockowa jest tą, którą czuję najlepiej.

Znowu dzięki tacie, zacząłem moją przygodę z Metallicą. Dostałem od niego dwie kasety z ich niepowtarzalnego koncertu z orkiestrą symfoniczną z San Francisco pod batutą Michaela Kamena. Rety ale ten czas leci, to był rok 1999. Do dziś pamiętam jak w drodze na trening siatkówki poznawałem takie hity jak "Master of Puppets" czy "One". Tego co się wtedy w mojej głowie i brzuchu działo nie da się opisać. Wiedziałem, że to jest to. Potem już poleciało. Kumpel pożyczył mi "And Justice of All" i jeszcze parę innych. Powoli zaczynałem kumać o co w tym wszystkim chodzi. Poznałem co to riff i co to porządna solówka. Metallica zaczynała nie mieć przede mną żadnych tajemnic. Teraz mi się przypomniało, że w międzyczasie fascynował mnie Limp Bizkit z albumem "Significant other", również wydany w 1999r. Pamiętam jak skakałem po łóżku przy dźwiękach "Break stuff" (do dzisiaj używam tego utworu do wy lub naładowania się).

Całe liceum upłynęło pod znakiem rocka i wszelkich jego odmian. Była masa dobrych koncertów (Slipknot -tam wszedłem bez biletu, to znaczy miałem bilet ale podczas rozdawania przez zespół autografów ktoś mi go ukradł, i musiałem kombinować ale się udało, Apocalyptica, dwa Woodstocki no i moja Metallica w 2004 roku) i rozpocząłem moją przygodę z gitarą. Z jednej strony żałuję że dopiero w wieku 17 lat zacząłem grać, a z drugiej cieszę się, że w ogóle gram.

Okres studiów to już poszerzanie swoich horyzontów muzycznych. Nie ma sensu wymienianie wszystkiego czego słuchałem, bo zajęło by to pewnie sporo czasu a i tak kogo to tak naprawdę obchodzi, powiedzmy, że wystarczyło tego, żeby wyrobić sobie pewną opinię i mieć swoje zdanie. Często zdarzało mi się wpadać w dyskusje na temat muzyki. Co jest lepsze, bardziej ambitne i takie tam. Dzisiaj już wiem, że takie rozmowy nie mają większego sensu. Powód jest prozaiczny. Gusta. O nich się przecież nie mówi. Każdy ma swoje i nie jesteśmy w stanie ich zmienić. Ważne, żeby nic nikomu nie narzucać na siłę.

Wydaję mi się, że należy sobie zawsze zadać jedno proste pytanie. Po co słuchamy muzyki? Jest przecież wiele powodów. Jeśli słuchasz muzyki, żeby się zrelaksować to wiadomo, że nie jesteś fanem "vegeterian progressive metal". Jeśli przez muzykę chcesz wyrazić swój gniew lub frustrację to "Oda do radości" Beethovena z pewnością nie będzie Twoim ulubionym utworem. Dlatego śmieszą mnie osoby, które twierdzą, że muzyka jakiej słuchają jest lepsza. Myślę, że jedyne sensowne porównywania (choć jak mówiłem porównywanie gustów to śliska sprawa) mogą być dokonywane w obrębie tych samych gatunków muzycznych. Skoro ktoś gra rocka, to można mówić o tym, że na przykład perkusista nie wyrabia, albo solówki są monotonne, albo głos wokalisty brzmi jak okrzyk godowy kozy alzackiej. Jednak nawet takie techniczne mankamenty, nie przekreślają zespołu jako całości. Przecież wszystko może się podobać. Turpiści też istnieją ;)

Proponuję się przez moment zastanowić, zanim zaczniemy komuś tłumaczyć, że Doda to nie artystka a Feel jest gorszy od fasolek. Zamiast tego przecież lepiej jest powiedzieć, że w mojej skromnej opinii Feel nie jest klasyfikowany jako muzyka. Każdy może mieć własne zdanie, własną opinię oraz własną wizję muzyki. Nikogo nigdy nie będę zmuszał, żeby słuchał ze mną Slipknota czy Massive Attack, bo wiem, że dla wielu może być to traumatyczne doświadczenie, ale polecać i namawiać jak najbardziej będę. Może uda mi się komuś pomóc w znalezieniu swojej ulubionej muzyki. Co lepsze, może będzie to muzyka, która również mnie odpowiada gdyż będę miał z kim porozmawiać na ten jakże ważny dla mnie temat.

środa, 7 stycznia 2009

Wielkie joł

Wracając wczoraj do domu, około 2 w nocy, przy siarczystym mrozie stwierdziłem, że muszę coś napisać. Cała koncepcja 'blogowania' jest dla mnie nowa, ale sądzę, że warto spróbować. Nie wiem co napiszę ale coś na pewno.
Najłatwiej chyba zacząć od pogody...a potem się zobaczy.

Już dawno nie było takich mrozów. Taki stan rzeczy mi nie odpowiadał bo jestem zdecydowanie ciepłolubny. O ile siedzę w domu ze szczelnymi oknami to mam to zazwyczaj gdzieś, ale ostatnio nie mam ochoty grzać, niestety co raz większego, tyłka w 'moim' ciasnym, położonym przy dwupasmowej ulicy zacisznym mieszkaniu. Na szczęście jest jeszcze parę miejsc, do których można się udać i być pewnym, że zdarzy się coś ciekawego. Każdy takie miejsce przecież ma. Ale nawet nie trzeba szukać "specjalnych miejscówek", wystarczy spotkać się i porozmawiać, ale nie o tym, że na polu (tak na POLU, nie na dworze bo ja z małopolski jestem) zimno, że egzaminy ciężkie, że politycy to oszuści itp itd. Porozmawiać o czymś poważniejszym. Nie, też nie o tym, że komuś nie staje albo o tym, że ja bym wolał z dwiema dziewczynami itp. (chociaż czasami te dyskusje też są swoją drogą ciekawe) Ludzie przecież chcą dzielić się swoimi przemyśleniami, rozterkami czy problemami, tylko trzeba ich do tego sprowokować. Czy rozmawianie o problemach to okazywanie słabości? Zdecydowanie nie. Powiem wręcz przeciwnie, że brak umiejętności rozmowy to niemoc. Nie ze wszystkim można poradzić sobie samemu.Warto podzielić się swoimi troskami z przyjaciółmi, rodziną czy znajomymi. Tylko problem jest w tym, że nie wszyscy chcą słuchać...

Inną kwestią jest to, że nie potrafimy rozmawiać. Często zdarza się, że nikt nas tego po prostu nie nauczył. Bo przecież skoro potrafimy mówić, to potrafimy też rozmawiać. Taaaa, jaaaaaasne. Sam jestem tego przykładem (może nie tak wyrazistym ale zawsze jakimś), chociaż staram się zmienić, idzie mi to jednak powoli. Ale i tak często są problemy z powiedzeniem tego, co się naprawdę myśli i czuje. Spędzasz długie godziny na rozmyślaniach o tym co powiedzieć, jak dobrze wyrazić to czujesz, a gdy przychodzi do spotkania ledwo potrafisz się przedstawić. Nie można zawsze liczyć na to, że nasze gesty i zachowanie zostaną dobrze odebrane, to za mało. Słowa potrafią to znacznie ułatwić sprawę.Oczywiście odpowiednio dobrane słowa.

Jak już jestem przy mówieniu. Coś o 'mówionej muzyce'.




Na 40 utworów, które ostatnio słyszałem, 31 było o seksie (jeszcze, żeby na jakimś przyzwoitym poziomie to pół biedy), 5 o miłości co i tak się do seksu sprowadzało, a reszta była o wszystkim czyli o niczym. Ja nie wartościuję. Po prostu mnie się to nie podoba i tyle. Może się mylę i tekst w muzyce nie jest tak ważny jak mi się wydaję. Kto wie.
Ostatnio czytałem w miesięczniku 'Film' wywiad z Marlonem Brando. Ten wybitny aktor stwierdził że nie ma już artystów, są biznesmeni, a ostatnim artystą był Mao Tse-Tung. Z tym tekstem o chińskim komuniście się nie zgadzam, ale coś jest w stwierdzeniu, że prawdziwych artystów już nie ma. Promuję się przecież obecnie (niestety nawet w publicznej telewizji) głupotę, bezsensowną wulgarność, prostytucję i cynizm.

Ostatnio symbolem pewnego rodzaju upadku stała się dla mnie Justyna Steczkowska. Kiedyś oryginalna, wyjątkowa i nieprzeciętna (jej album 'Dziewczyna Szamana' nadal jest u mnie w top10), a teraz wdaje się w infantylne potyczki słowne z osobami, które przecież muzycznie nawet jej do pięt nie dorastają, a co gorsza ten nowy wizerunek, chyba się jej podoba i najwyraźniej nie ma go zamiaru zmieniać. People change...

Wracając jednak do znaczenia słów w muzyce.
Mam wrażenie, że ich ważność systematycznie spada. Ważne żeby się rymowało, było sporo prostych, najlepiej jednosylabowych słów, które łatwo wpadają w ucho i nie zmuszają do myślenia, a teledyski niech najlepiej ociekają seksem i kasą bo przecież to się tylko w życiu liczy. Warto chyba chwilę pomyśleć co ten koleżka czy koleżanka przed chwilą śpiewali, może mieli jakiś bardziej szczytny cel niż sprzedanie X płyt a potem dobudowanie ekstra basenu. Momentami można się naprawdę ciekawych rzeczy dowiedzieć... Trzeba tylko chcieć