Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 października 2011

Przeczytałem dwie książki

Czyli pewnie dwa razy więcej niż przeciętny Polak czyta w ciągu roku. Zaskoczę Was - nie były to jedyne książki jakie pochłonąłem tego roku ;) Przejdę jednak do sedna sprawy i opowiem o swoich wrażeniach.

Pierwszą pozycją były "Listy starego diabła do młodego" C.S. Lewisa (Link), która jak podaje Wikipedia jest od 2007 roku lekturą w szkołach średnich. Książka, jak sugeruje tytuł, ma formę listów pisanych przed starszego diabła do swojego bratanka/siostrzeńca (chyba nie było sprecyzowane) - młodszego kusiciela. W listach tych poucza on niedoświadczonego adepta sztuki kuszenia jakich metod oraz sztuczek używać, aby przeciągnąć "pacjenta", czytaj człowieka, na stronę Szatana.

Dzieło to wywołało sporo kontrowersji, szczególnie wśród władz kościoła katolickiego, gdyż dotyczy dość delikatnych i drażliwych kwestii.
Szczerze mówiąc nie rozumiem tego całego poruszenia. Owszem, autor obnaża ułomności natury ludzkiej, pewne stereotypy związane z wiarą ale w żadnym momencie nie atakuje on kościoła czy też nie daję powodów do oburzenia. Koniec końców to "Nieprzyjaciel" triumfuje ;)

Książkę bez wątpienia należy czytać powoli, i dobrze zastanawiać się nad każdym paragrafem. W przeciwnym razie czas spędzony na jej czytaniu będzie czasem straconym. Nie jestem filozofem, i chyba nie muszę, aby być w stanie docenić walory tej pozycji. Książka daje do myślenia, a to chyba najlepszy wyznacznik jej wartości :)



Następnie wpadła mi w ręce powieść Jonathana Carrolla pt. "Kraina Chichów (link). Od mojego kuzyna usłyszałem opinię, że jest to bardzo dobra książka więc tym bardziej nie mogłem się doczekać jej "skonsumowania".

Zacznę od tego, iż lubię narrację pierwszoosobową. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to proste prowadzić książkę w ten sposób, jednak dzięki temu dużo łatwiej jestem w stanie utożsamić się z główną postacią.

Autor opowiada historię pewnego nauczyciela języka angielskiego zafascynowanego twórczością Marshalla France`a, wybitnego powieściopisarza. Największym marzeniem naszego bohatera jest napisanie jego biografii. Wraz z niedawno co poznaną kobietą o jazzowo brzmiącym imieniu Saxony, wyrusza do rodzinnego miasta swojego idola Galen, aby uzyskać zgodę jego córki na napisanie książki. Sprawy zaczynają się komplikować gdy między naszym biografem, a wyżej wspomnianą córką zaczyna iskrzyć. Tak naprawę nie chodzi tylko o iskrzenie, co o dość nietypowe zdarzenia obserwowane przez Tomasza (głównego bohatera) oraz Sax.

Mniej więcej po połowy książki czytało się fantastycznie. Zapowiadało się na naprawdę rozbudowane opowiadanie ze świetnie prowadzoną akcją. Jednak mniej więcej wtedy zorientowałem się... że do końca książki niedaleko! Jak to? Przecież on nawet połowy biografii nie napisał, a za 50 stron jest koniec?? Nagle akcja zaczęła przyspieszać, wręcz skakać. Momentami nie wiedziałem co się dzieję! Na dodatek poczułem się, jakby ostatnie rozdziały napisane były przez Stephena Kinga... O dziwo nie było to pozytywne odczucie, pomimo całej mojej sympatii dla tego pana.
Książka kończy się nagle, bez żadnego ostrzeżenia i właśnie do samego zakończenia mam największe zastrzeżenia. Nie podobało mi się, koniec kropka. Miałem wrażenie, że Carroll miał do oddania książki dosłownie godziny i pisał je na kolanach pod drzwiami wydawnictwa.

Jednak powieść jako całość muszę ocenić pozytywnie. Historia jest ciekawa, z pewnością bardzo nietypowa i opowiedziana całkiem sensownie. Wszystko trzyma się kupy (może poza końcowymi rozdziałami) i ani na chwilę nie można się nudzić. Moja ocena to takie +3/-4 (Jak zwykle niezdecydowany).

To chyba wszystko co mam do powiedzenia na temat tych dwóch książek. Mam nadzieję napisać coś więcej w najbliższym czasie i opowiedzieć o moim nowym lokum :)

niedziela, 16 stycznia 2011

Kronika Ptaka Nakręcacza

Koniec.

Wczorajszego deszczowego popołudnia zakończyłem moją przygodę z historią Toru Okady. Była to znajomość krótka, jedyne trzy tygodnie, lecz niezwykle intensywna. Wciąż staram się wyciągnąć z niej wnioski i zrozumieć co tak naprawdę się stało. Jak się okazuje nie jest to takie proste...

Owszem, nie spodziewałem się hollywoodzkiego happy endu i fajerwerków na cześć głównego bohatera, jednak wciąż nie wiem co myśleć o zakończeniu. Jedyne co mogę powiedzieć to to, że było logiczne i spójne - w pewnym stopniu nawet przewidywalne. (Zdaję sobie sprawę, że i tak nie wiecie o co chodzi, ale może uda mi się kogoś zachęcić do przeczytania tej "knigi").
Moim skromnym zdaniem dobre zakończenie książki, to takie, po którym czytelnik przez tydzień nie może dojść do siebie, a jego myśli nieustannie krążą wokół dopiero co przeczytanej historii.
"Kronika Ptaka Nakręcacza" ma dokładnie takie zakończenie. Podczas czytania ostatnich stron serce biło mi znacznie szybciej, a wszystko co mnie otaczało przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Była tylko książka i ja...

Wrócę jednak do próby wyciągnięcia jakichkolwiek wniosków. Jako, że książka ta nie jest tandetnym romansidłem czy też brutalną sensacją, karygodnym zachowaniem byłoby przejście obok niej obojętnie, bez chwili refleksji. Obecnie jestem w stanie wyciągnąć z niej jeden, kardynalny wniosek. Jeśli ci na czymś zależy, jeśli czujesz, że jest to dla ciebie ważne i twoje życie traci sen bez tego - walcz z całych sił i nie poddawaj się nigdy.

Oczywista oczywistość? Nie do końca. Czasem wydaje się nam, że zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy, że to już koniec. Otóż założę się, że w większości przypadków można zdziałać o wiele, wiele więcej. Gdy w grę wchodzi coś niezwykle cennego, również czas przestaje się liczyć. Żadna minuta, żadna sekunda spędzona na walce o "to coś" nie będzie nigdy czasem zmarnowanym. Toru walczył o swoją ukochaną przez półtora roku. Był w stanie poświęcić wszystko byleby ją odzyskać. Czy mu się udało? Tego nie zdradzę :)

Podobno książka doczekała się ekranizacji czy też scenicznej adaptacji. Po powrocie do Krakowa z pewnością postaram się jej poszukać w sieci. Wiem, że nic nie dorówna książce, jednak chcę zobaczyć jak inni postrzegają tę historię. Poznać inny punkt widzenia niż mój własny.

wtorek, 11 stycznia 2011

Go with the flow

Nie wiem czy już o tym wspominałem ale na wszelki wypadek przypomnę - mam świetną rodzinę. Mówię całkiem poważnie ;) Nie taką, którą się spotyka jedynie na świętach, weselach i innych masowych imprezach. Nie taką, która nawet nie wie gdzie pracuję albo jakie studia ukończyłem. To rodzinka, która mnie nigdy nie nudzi i taka, na którą zawsze mogę liczyć. Na dodatek zaskakuje co krok. Takim, jakże miłym, zaskoczeniem był prezent jaki otrzymałem podczas ostatniej Wigilii. Była to książka. Ale nie jakaś tam zwyczajna książka. Nie była to też kolejna opowieść gdzie główny bohater jest elfem, czarodziejem, nekromantą czy rewolwerowcem (takie właśnie księgi zwykłem czytać). To z pozoru zwyczajna powieść napisana przez niejakiego Haruki Murakamiego, o dość śmiesznie brzmiącym tytule "The Wind-Up Bird: Chronicle", co w tłumaczeniu brzmi jeszcze zabawniej bo "Kronika ptaka nakręcacza". Głównym bohaterem jest najprzeciętniejszy z najprzeciętniejszych Japończyków, który nie odznacza się kompletnie niczym szczególnym. Od sześciu lat szczęśliwie żonaty, bezrobotny i bezdzietny człowieczek. Już pierwsze kartki powieści zaskakują i dają obietnicę niebanalnej i nieprzewidywalnej historii. Mam też wrażenie, że nie dostałem tej książki przypadkowo...

Nie chcę jednak bawić się w recenzenta, chociaż czytając powyższe kilka zdań mam wrażenie, że trochę mnie poniosło. Zamierzam nawiązać do pewnego rozdziału z tejże książki. Główny bohater wraz z żoną co miesiąc udaje się do pewnego starszego jegomościa. Chodzą tam z przymusu jaki wywarł na nich ojciec Kumiko (żony Toru), lecz jak się okazuję, mają przyjemność poznać niezwykle interesującego człowieka. Pan Honda podczas jednej z ich wizyt powiedział coś takiego: "The point is, not to resist the flow. You go up when you're supposed to go up and down when you're supposed to go down. When you're supposed to go up, find the highest tower and climb to the top. When you're supposed to go down, find the deepest well and go down to the bottom. When there's no flow, stay still. If you resist the flow, everthing dries up. If everything dries up, the world is darkness". W tłumaczeniu na polski "Chodzi o to, żeby nie opierać się prądowi (przypływowi, strumieniowi - jak wolicie :P). Idziesz w górę, kiedy powinieneś iść górę i w dół kiedy powinieneś iść w dół. Kiedy powinieneś iść w górę, znajdź najwyższą wierzę i wejdź na nią. Kiedy powinieneś iść w dół, odszukaj najgłębszą studnię i zejdź na samo dno. Kiedy nie ma ruchu, stój spokojnie. Jeśli będziesz się opierał wszystko wyschnie. Jeśli wszystko wyschnie, świat stanie się ciemnością"

Moim skromnym zdaniem są to najważniejsze słowa w tej książce.
Starałem się odnieść je do swojego życia i co ciekawe było to niezwykle proste. Przeżyłem momenty kiedy wspomnianego "prądu" nie było i stałem grzecznie w miejscu czekając na swoją chwilę. Kiedy już owa chwila nadeszła korzystałem z niej jak najmocniej do momentu kiedy wszystko odwróciło się o 180 stopni. Wtedy popełniłem jednak karygodny błąd, gdyż mocno się zaparłem i na siłę próbowałem się nie przewrócić. Zamiast delikatnie i powoli spłynąć z nurtem, ja bezskutecznie próbowałem iść do przodu. Zdaję sobie sprawę, że piszę trochę enigmatycznie i niejasno. Niech tak jednak zostanie. Tak było kiedyś, lecz pozostaje pytanie co powinienem zrobić teraz. Otóż doszedłem do wniosku, że... nic. Przeczekać, pozostać w bezruchu. Nie mówię jednak o swoistej wegetacji, lecz o niepodejmowaniu istotnych decyzji, odłożeniu ich na jakiś, bliżej nieokreślony (choć zapewne krótki), czas. Mówiąc krótko: „Go with the flow”...



Do końca książki pozostało mi jeszcze około 180 stron (z około sześciuset). Nie wiem czego się spodziewać. Nigdy nie czytałem książek Murakamiego, więc nie znam dobrze jego stylu. Pozostaje mi tylko czytać i czytać...



PS. Jak tylko skończę książkę bardzo chętnie ją komuś wypożyczę :) Są odważni ?