Gdy za oknem zima na całego, ciężko się zmotywować. Biorąc pod uwagę, że w pracy demotywatory nie są zablokowane to depreche mam jak w banku ;)
Dlatego zdecydowałem się wprowadzić na bloga nutkę wiosennego optymizmu.
Oto lista oczywistych oczywistości, do której ja sam stosuję się może w 5 %...
Na koniec, deser:
(jak ktoś wie, to zrozumie... ;))
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 7 lutego 2012
wtorek, 15 listopada 2011
Niczym Di Caprio
Miałem sen. Sen tak rzeczywisty, że długo nie mogłem dojść do siebie po przebudzeniu.
W drodze na pociąg, jak mantrę powtarzałem sobie poszczególne jego etapy, tak nie zapomnieć niczego istotnego i czym prędzej zapisać go w moim kajeciku.
Pisałem niedbale, stojąc w przejściu między wagonami, czując ciekawskie spojrzenia innych pasażerów. Jeszcze przed Zabierzowem udało mi się zanotować wszystko co istotne. Teraz wystarczy tylko wklepać to na bloga, dodać parę przecinków i gotowe. Kolejne wspomnienie utrwalone.
Zaczęło się bardzo niewinnie. Spałem w swoim obecnym pokoju. Ułożenie mebli było inne, podobne do tego sprzed rewolucji, którą wprowadziłem. Był piątek (nie wiem skąd to wiem, po prostu wiem). Obok łóżka stał niewysoki, podłużny stolik. Budzą mnie znajomi współlokatorów (co okazało się nie do końca snem...) i otwierają drzwi do mojego pokoju. Zamierzają gdzieś wyjść i czekają na mnie. Pamiętam też jakąś niewysoką blondynkę, która przypadła mi do gustu. Wstałem i wyszedłem, ot tak. Korytarz był tylko z pozoru podobny do rzeczywistego. Dużo dłuższy, kojarzył mi się z amerykańskimi filmami z lat 60.
Po wyjściu okazało się, że jest ciepło i pogodnie - jednym słowem lato. Wcześniej wspomniana blondi, wraz ze swoim chłopakiem (eh...), okazuje się być sprzedawczynią książek (coś w stylu budek obok dworca kolejowego) i rozkłada niby nigdy nic swój kramik na chodniku ciasnej, krakowskiej uliczki. Lekkie zdziwienie i ruszamy dalej.
Teraz będzie niewielki przeskok ponieważ nie pamiętam za bardzo jak dostałem się na.... biesiadę. Wyobraźcie sobie długie stoły, rozstawione na świeżym powietrzu, muzykę, mnóstwo jedzenia i picia. Wszyscy dobrze się bawili. Między stołami było też drzewo - po prostu drzewo (niewysoki dąb jeśli dobrze pamiętam). W pewnym momencie uświadamiam sobie, że to sen. Uczucie było niezwykle intensywne, miałem wrażenie, że jestem całkowicie świadomy swoich akcji. Skoro tak, to postanowiłem to wykorzystać i nie zwlekając ani minuty dłużej przetestowałem swój prawy prosty na najbliższym facecie siedzącym obok. Nie skończyło się na jednym ciosie, oj nie. Niektóre pudłowały, inne soczyście raniły moją ofiarę. Zaskoczyła mnie jego bezbronna postawa, siedział i czekał na kolejne uderzenia. Zupełnie odmienną postawę przyjęli obserwatorzy tego zdarzenia. Zaczęli krzyczeć, wręcz błagać, abym przestał jednak nikt nie odważył się zrobić nic więcej. Znudziła mnie ta zabawa więc postanowiłem "zmienić lokal".
Kolejne wspomnienia są rozmazane. Po raz kolejny pojawia się ta blondynka (podobna trochę do tej dziwnej panienki z utworu "My Ninja" Die Antwort) i pamiętam jakąś konwersację na temat małżeństwa. Były też drzwi, a za nimi klatka schodowa. W mojej głowie pojawia się myśl, iż powinienem się obudzić, że już najwyższy czas przerwać ten sen. Jednak przypadkowo wyłączam budzik tuż ustaloną godziną. Bez chwili zastanowienia nastawiam go ponownie. Po upływie chwili zaczynam się budzić...
Przypomina to bardziej transformację, pewnego rodzaju przeobrażenie czy też zmianę świata. Otwieram oczy i widzę własny pokój jednak po raz kolejny coś jest inaczej. Okno jest otwarte, a wiatr potrząsa firankami (których w rzeczywistości nie mam). Na zewnątrz ciemna, gwiaździsta, letnia noc. Jest bardzo, bardzo ciepło. Z okna rozciąga się bardzo kojący widok falujących drzew. Budynek, w którym się znajduję jest wysoki i przypomina blok czy też internat.
Po chwili uświadamiam sobie, że coś jest nie tak... Wychodzę z pokoju. W tym samym pokoju z łazienki wychodzi pewna blondynka. Mam wrażenie, że wiem kto to, jednak nazwiska ujawniać nie będę. Teraz już jestem pewien, że śnię ponownie. Wracam do pokoju, a mój wzrok przykuwa sporych rozmiarów dziura w ścianie. Nie aż tak duża, aby móc przez nią przejść, jednak wystarczająca, aby zobaczyć co dzieję się po drugiej stronie mojej ściany.
Szybkie spojrzenie i już wiem, że pokój pełen jest starszych ludzi. Odnoszę wrażenie, że należą oni to jakiejś dziwnej grupy cyrkowo-tanecznej czy też baletowo-burdelowej, ciężko powiedzieć. Zostałem jednak zauważony przez jedną z kobiet, najwyraźniej przywódczynie tej bandy, która świdrując wzrokiem moją twarz mówi z wyrzutem:
-Zobacz co zrobiłeś. Spójrz przez okno...
Czym prędzej wychylam się i patrzę w dół. Za pierwszym razem nie zauważyłem, iż zaraz obok budynku znajduję się coś na styl dziedzińca, placu wewnętrznego czy też więziennego spacerniaka. Był w całości pokryty ciemnobrązową ziemią, jednak to co zobaczyłem na nim mnie przeraziło. Patrzyłem na wijących się w agonii ludzi. Niektórzy krwawiący, inni z powykrzywianymi członkami. Byli też tacy, których opisu nie podejmuję się podjąć gdyż był zbyt abstrakcyjny i brutalny. Wiedziałem jednak jedno - wszyscy z jakiegoś powodu są tutaj przeze mnie.
Nic więcej nie udało mi się zapamiętać, lecz to co zostało w mojej głowie zapisałem w zeszycie bez zbędnej zwłoki.
Warto było, oj warto...
W drodze na pociąg, jak mantrę powtarzałem sobie poszczególne jego etapy, tak nie zapomnieć niczego istotnego i czym prędzej zapisać go w moim kajeciku.
Pisałem niedbale, stojąc w przejściu między wagonami, czując ciekawskie spojrzenia innych pasażerów. Jeszcze przed Zabierzowem udało mi się zanotować wszystko co istotne. Teraz wystarczy tylko wklepać to na bloga, dodać parę przecinków i gotowe. Kolejne wspomnienie utrwalone.
Zaczęło się bardzo niewinnie. Spałem w swoim obecnym pokoju. Ułożenie mebli było inne, podobne do tego sprzed rewolucji, którą wprowadziłem. Był piątek (nie wiem skąd to wiem, po prostu wiem). Obok łóżka stał niewysoki, podłużny stolik. Budzą mnie znajomi współlokatorów (co okazało się nie do końca snem...) i otwierają drzwi do mojego pokoju. Zamierzają gdzieś wyjść i czekają na mnie. Pamiętam też jakąś niewysoką blondynkę, która przypadła mi do gustu. Wstałem i wyszedłem, ot tak. Korytarz był tylko z pozoru podobny do rzeczywistego. Dużo dłuższy, kojarzył mi się z amerykańskimi filmami z lat 60.
Po wyjściu okazało się, że jest ciepło i pogodnie - jednym słowem lato. Wcześniej wspomniana blondi, wraz ze swoim chłopakiem (eh...), okazuje się być sprzedawczynią książek (coś w stylu budek obok dworca kolejowego) i rozkłada niby nigdy nic swój kramik na chodniku ciasnej, krakowskiej uliczki. Lekkie zdziwienie i ruszamy dalej.
Teraz będzie niewielki przeskok ponieważ nie pamiętam za bardzo jak dostałem się na.... biesiadę. Wyobraźcie sobie długie stoły, rozstawione na świeżym powietrzu, muzykę, mnóstwo jedzenia i picia. Wszyscy dobrze się bawili. Między stołami było też drzewo - po prostu drzewo (niewysoki dąb jeśli dobrze pamiętam). W pewnym momencie uświadamiam sobie, że to sen. Uczucie było niezwykle intensywne, miałem wrażenie, że jestem całkowicie świadomy swoich akcji. Skoro tak, to postanowiłem to wykorzystać i nie zwlekając ani minuty dłużej przetestowałem swój prawy prosty na najbliższym facecie siedzącym obok. Nie skończyło się na jednym ciosie, oj nie. Niektóre pudłowały, inne soczyście raniły moją ofiarę. Zaskoczyła mnie jego bezbronna postawa, siedział i czekał na kolejne uderzenia. Zupełnie odmienną postawę przyjęli obserwatorzy tego zdarzenia. Zaczęli krzyczeć, wręcz błagać, abym przestał jednak nikt nie odważył się zrobić nic więcej. Znudziła mnie ta zabawa więc postanowiłem "zmienić lokal".
Kolejne wspomnienia są rozmazane. Po raz kolejny pojawia się ta blondynka (podobna trochę do tej dziwnej panienki z utworu "My Ninja" Die Antwort) i pamiętam jakąś konwersację na temat małżeństwa. Były też drzwi, a za nimi klatka schodowa. W mojej głowie pojawia się myśl, iż powinienem się obudzić, że już najwyższy czas przerwać ten sen. Jednak przypadkowo wyłączam budzik tuż ustaloną godziną. Bez chwili zastanowienia nastawiam go ponownie. Po upływie chwili zaczynam się budzić...
Przypomina to bardziej transformację, pewnego rodzaju przeobrażenie czy też zmianę świata. Otwieram oczy i widzę własny pokój jednak po raz kolejny coś jest inaczej. Okno jest otwarte, a wiatr potrząsa firankami (których w rzeczywistości nie mam). Na zewnątrz ciemna, gwiaździsta, letnia noc. Jest bardzo, bardzo ciepło. Z okna rozciąga się bardzo kojący widok falujących drzew. Budynek, w którym się znajduję jest wysoki i przypomina blok czy też internat.
Po chwili uświadamiam sobie, że coś jest nie tak... Wychodzę z pokoju. W tym samym pokoju z łazienki wychodzi pewna blondynka. Mam wrażenie, że wiem kto to, jednak nazwiska ujawniać nie będę. Teraz już jestem pewien, że śnię ponownie. Wracam do pokoju, a mój wzrok przykuwa sporych rozmiarów dziura w ścianie. Nie aż tak duża, aby móc przez nią przejść, jednak wystarczająca, aby zobaczyć co dzieję się po drugiej stronie mojej ściany.
Szybkie spojrzenie i już wiem, że pokój pełen jest starszych ludzi. Odnoszę wrażenie, że należą oni to jakiejś dziwnej grupy cyrkowo-tanecznej czy też baletowo-burdelowej, ciężko powiedzieć. Zostałem jednak zauważony przez jedną z kobiet, najwyraźniej przywódczynie tej bandy, która świdrując wzrokiem moją twarz mówi z wyrzutem:
-Zobacz co zrobiłeś. Spójrz przez okno...
Czym prędzej wychylam się i patrzę w dół. Za pierwszym razem nie zauważyłem, iż zaraz obok budynku znajduję się coś na styl dziedzińca, placu wewnętrznego czy też więziennego spacerniaka. Był w całości pokryty ciemnobrązową ziemią, jednak to co zobaczyłem na nim mnie przeraziło. Patrzyłem na wijących się w agonii ludzi. Niektórzy krwawiący, inni z powykrzywianymi członkami. Byli też tacy, których opisu nie podejmuję się podjąć gdyż był zbyt abstrakcyjny i brutalny. Wiedziałem jednak jedno - wszyscy z jakiegoś powodu są tutaj przeze mnie.
Nic więcej nie udało mi się zapamiętać, lecz to co zostało w mojej głowie zapisałem w zeszycie bez zbędnej zwłoki.
Warto było, oj warto...
wtorek, 1 listopada 2011
Szlachetne zdrowie...
To zdecydowanie nie jest szczęśliwy rok dla męskiej części zacnego rodu Wojewodziców.
Wszyscy jego przedstawiciele wylądowali na jakiś czas w szpitalu.
Powody były różne, jednak żaden nie był błahy. O ile wyrostek robaczkowy, którego miałem przyjemność się pozbyć, potrafi dokuczyć każdemu i jest przypadkiem dość pospolitym to wylew oraz pęknięcie kręgu jest czymś zdecydowanie mniej przyjemnym...
Nie ma się co oszukiwać, problemy zdrowotne dotykają prędzej czy później każdego. Z mniej poważnymi radzimy sobie sami (domowe sposoby wciąż są w moim przypadku na topie, przy przeziębieniu nigdy nie może zabraknąć herbatki z cytryną oraz imbirem, goździków czy też miodu), jednak w większości przypadków jesteśmy skazani na służbę zdrowia. O jej jakości nie zamierzam się tutaj rozwodzić. Lekarze są tylko ludźmi, a głównym winowajcą jest chory system oraz prawo stworzone przez niekompetentnych biurokratów (niezły populizm, co nie?). Dobrą ilustracją obecnego stanu polskich szpitali jest miejsce w jakim leżałem po operacji. Wadowicki szpital zafundował mi tak komfortowe łóżko, że ból pooperacyjny był niczym w porównaniu z bólem pleców od sprężyn wystających z mojego madejowego łoża...
Gdy zaczynają się kłopoty ze zdrowiem zmienia się również podejście do życia. Awersja do ryzyka rośnie, większą wagę przywiązujemy do analizy konsekwencji swoich działań. Tak się składa, że moje prawe kolano jest do wymiany (planowany termin operacji rekonstrukcji więzadeł to czerwiec 2013 ale uwaga - realnie ma być to koniec przyszłego roku... szaleństwo!) i dojście do "pełnej" sprawności zajmie mi miesiące. Zastanawiam się jednak co potem. Czy jest sens wracać do takich rozrywek jak piłka nożna czy siatkówka? Czy warto ponownie ryzykować szczególnie, że poziom już nie ten co kiedyś? A jeśli tak, to czy po powrocie na boisko nie będę cofał nogi przy każdym możliwym kontakcie?
Miałem już kiedyś złamaną nogę (do dzisiaj nie wiem który z kumpli mi to zrobił... żaden się nie przyznał, a zamieszanie było spore) i po powrocie na parkiet jeszcze przez pewien czas miałem psychiczne opory przed zrobieniem czegoś ryzykownego. Jestem przekonany, że nie jestem wyjątkiem i każdy ma podobne obawy związane z powrotem po kontuzji. Ciekawe jak radzą sobie z tym zawodowcy, którzy muszą wrócić jak najprędzej... Psychologia sportowa to może być coś naprawdę interesującego (przynajmniej dla mnie :P).
Obecnie staram się za bardzo o tym wszystkim nie myśleć bo wiem, że nie ma sensu i nic dobrego z tego nie wynika. Mam już plan i będę się go trzymał. Do operacji podejdę w pełni przygotowany z nogą godną olimpijskiego 0długodystansowca. Wrócę do zdrowia i jeszcze strzelę nie jednego gola (może nawet spróbuje na desce pojeździć)
Teraz zmykam porozciągać moje 26-letnie ciało i spalić kilkaset kalorii na Orbitreku (swoją drogą polecam ten przyrząd - świetna sprawa!). Nie ma to jak porządnie się spocić :)
PS. Juventus ograł Inter na ich terenie :D W przyszłym roku chcę i zobaczę mój ulubiony klub zobaczyć w Lidze Mistrzów. W końcu co to za elitarne rozgrywki bez Juve ? ;)
Wszyscy jego przedstawiciele wylądowali na jakiś czas w szpitalu.
Powody były różne, jednak żaden nie był błahy. O ile wyrostek robaczkowy, którego miałem przyjemność się pozbyć, potrafi dokuczyć każdemu i jest przypadkiem dość pospolitym to wylew oraz pęknięcie kręgu jest czymś zdecydowanie mniej przyjemnym...
Nie ma się co oszukiwać, problemy zdrowotne dotykają prędzej czy później każdego. Z mniej poważnymi radzimy sobie sami (domowe sposoby wciąż są w moim przypadku na topie, przy przeziębieniu nigdy nie może zabraknąć herbatki z cytryną oraz imbirem, goździków czy też miodu), jednak w większości przypadków jesteśmy skazani na służbę zdrowia. O jej jakości nie zamierzam się tutaj rozwodzić. Lekarze są tylko ludźmi, a głównym winowajcą jest chory system oraz prawo stworzone przez niekompetentnych biurokratów (niezły populizm, co nie?). Dobrą ilustracją obecnego stanu polskich szpitali jest miejsce w jakim leżałem po operacji. Wadowicki szpital zafundował mi tak komfortowe łóżko, że ból pooperacyjny był niczym w porównaniu z bólem pleców od sprężyn wystających z mojego madejowego łoża...
Gdy zaczynają się kłopoty ze zdrowiem zmienia się również podejście do życia. Awersja do ryzyka rośnie, większą wagę przywiązujemy do analizy konsekwencji swoich działań. Tak się składa, że moje prawe kolano jest do wymiany (planowany termin operacji rekonstrukcji więzadeł to czerwiec 2013 ale uwaga - realnie ma być to koniec przyszłego roku... szaleństwo!) i dojście do "pełnej" sprawności zajmie mi miesiące. Zastanawiam się jednak co potem. Czy jest sens wracać do takich rozrywek jak piłka nożna czy siatkówka? Czy warto ponownie ryzykować szczególnie, że poziom już nie ten co kiedyś? A jeśli tak, to czy po powrocie na boisko nie będę cofał nogi przy każdym możliwym kontakcie?
Miałem już kiedyś złamaną nogę (do dzisiaj nie wiem który z kumpli mi to zrobił... żaden się nie przyznał, a zamieszanie było spore) i po powrocie na parkiet jeszcze przez pewien czas miałem psychiczne opory przed zrobieniem czegoś ryzykownego. Jestem przekonany, że nie jestem wyjątkiem i każdy ma podobne obawy związane z powrotem po kontuzji. Ciekawe jak radzą sobie z tym zawodowcy, którzy muszą wrócić jak najprędzej... Psychologia sportowa to może być coś naprawdę interesującego (przynajmniej dla mnie :P).
Obecnie staram się za bardzo o tym wszystkim nie myśleć bo wiem, że nie ma sensu i nic dobrego z tego nie wynika. Mam już plan i będę się go trzymał. Do operacji podejdę w pełni przygotowany z nogą godną olimpijskiego 0długodystansowca. Wrócę do zdrowia i jeszcze strzelę nie jednego gola (może nawet spróbuje na desce pojeździć)
Teraz zmykam porozciągać moje 26-letnie ciało i spalić kilkaset kalorii na Orbitreku (swoją drogą polecam ten przyrząd - świetna sprawa!). Nie ma to jak porządnie się spocić :)
PS. Juventus ograł Inter na ich terenie :D W przyszłym roku chcę i zobaczę mój ulubiony klub zobaczyć w Lidze Mistrzów. W końcu co to za elitarne rozgrywki bez Juve ? ;)
niedziela, 14 sierpnia 2011
Status update
Siemsko.
Coś się ostatnio zaniedbałem w pisaniu, ale postaram się w najbliższych dniach to nadrobić.
Jest niedziela, godzina 13.42. Dzisiejszy dzień jest przeznaczony na zbieranie sił na nadchodzący tydzień. Skoro sił nie ma to znaczy, że gdzieś je utraciłem. Okazji do tego były co najmniej kilka. W zeszłym tygodniu miałem przyjemność bawić się na statku podczas krótkiego rejsu po Wiśle. Efekt -> ból głowy do 15 następnego dnia i niezbędny Ibuprom.
Kolejny piątek (2 dni temu) o godzinie 20 ruszam do Wrocławia na imprezę. Tak, do Wrocławia. Na miejscu jestem ok 22.30 więc całkiem przyzwoicie. Biforek bardzo solidny, nawet za bardzo... W Bezsenności wylądowaliśmy o 1 i zajęliśmy najlepsze miejsca do siedzenia (a jakżeby inaczej skoro Kraków się bawi). Zabawa przednia (chociaż za pierwszym razem było lepiej) gdzieś do 5 rano. Prawie wszystko super, a jak wiadomo prawie robi wielką różnicę (amplitudy nastrojów były jednak bardziej drastyczne ostatnim razem). Powrót dziennym tramwajem, relaks na tarasie i o 6 do wyra. Sobota to dzień regeneracji. Tradycyjne śniadanko w południe, obiad w Spinaczu i wyjątkowo spokojna podróż powrotna (prawie jak w niemym filmie :P). A potem to już Kraków, a w Krakowie zawsze się coś dzieje :) No i się działo...
Czy poza imprezami dzieje się coś ciekawego? Pewnie. Za 2,5 tygodnia jeśli nic się nie zmieni będę bezdomny :P Szukamy mieszkania ale przeciętnie nam to idzie, może ten tydzień będzie szczęśliwszy :)
Temat mojej nogi póki co odłożony. Funkcjonuje normalnie, boli nie tak często jak wcześniej. Daję radę, choć może po prostu się przyzwyczaiłem do tego i wiem co mogę.
Aha, i ostatnia rzecz. Napisałem swego czasu pewien tekst, który zawierał poniższe zdanie. Do niedawna myślałem, że jednak się pospieszyłem, że jest inaczej. Teraz już wiem, że nie. Swoją drogą nie sądzę, żeby te słowa cokolwiek dla kogokolwiek oprócz mnie znaczyły ;)
"I wanna take this king's peer on a sunday's eve, hide it in a chest and never open again".
Tak wiem, jestem nienormalny :)
PS. Zgadnijcie gdzie zrobione zostało poniższe zdjęcie.
PPS. Kto się tam ze mną wybiera ? ;)
Coś się ostatnio zaniedbałem w pisaniu, ale postaram się w najbliższych dniach to nadrobić.
Jest niedziela, godzina 13.42. Dzisiejszy dzień jest przeznaczony na zbieranie sił na nadchodzący tydzień. Skoro sił nie ma to znaczy, że gdzieś je utraciłem. Okazji do tego były co najmniej kilka. W zeszłym tygodniu miałem przyjemność bawić się na statku podczas krótkiego rejsu po Wiśle. Efekt -> ból głowy do 15 następnego dnia i niezbędny Ibuprom.
Kolejny piątek (2 dni temu) o godzinie 20 ruszam do Wrocławia na imprezę. Tak, do Wrocławia. Na miejscu jestem ok 22.30 więc całkiem przyzwoicie. Biforek bardzo solidny, nawet za bardzo... W Bezsenności wylądowaliśmy o 1 i zajęliśmy najlepsze miejsca do siedzenia (a jakżeby inaczej skoro Kraków się bawi). Zabawa przednia (chociaż za pierwszym razem było lepiej) gdzieś do 5 rano. Prawie wszystko super, a jak wiadomo prawie robi wielką różnicę (amplitudy nastrojów były jednak bardziej drastyczne ostatnim razem). Powrót dziennym tramwajem, relaks na tarasie i o 6 do wyra. Sobota to dzień regeneracji. Tradycyjne śniadanko w południe, obiad w Spinaczu i wyjątkowo spokojna podróż powrotna (prawie jak w niemym filmie :P). A potem to już Kraków, a w Krakowie zawsze się coś dzieje :) No i się działo...
Czy poza imprezami dzieje się coś ciekawego? Pewnie. Za 2,5 tygodnia jeśli nic się nie zmieni będę bezdomny :P Szukamy mieszkania ale przeciętnie nam to idzie, może ten tydzień będzie szczęśliwszy :)
Temat mojej nogi póki co odłożony. Funkcjonuje normalnie, boli nie tak często jak wcześniej. Daję radę, choć może po prostu się przyzwyczaiłem do tego i wiem co mogę.
Aha, i ostatnia rzecz. Napisałem swego czasu pewien tekst, który zawierał poniższe zdanie. Do niedawna myślałem, że jednak się pospieszyłem, że jest inaczej. Teraz już wiem, że nie. Swoją drogą nie sądzę, żeby te słowa cokolwiek dla kogokolwiek oprócz mnie znaczyły ;)
"I wanna take this king's peer on a sunday's eve, hide it in a chest and never open again".
Tak wiem, jestem nienormalny :)
PS. Zgadnijcie gdzie zrobione zostało poniższe zdjęcie.
PPS. Kto się tam ze mną wybiera ? ;)
środa, 8 czerwca 2011
Manifest szczęścia
10 rad, które sprawiło, że mieszkańcy miasteczka Slough po dwóch miesiącach stali się szczęśliwsi:
1. Gimnastykuj się trzy razy w tygodniu przez pół godziny.
2. Każdego dnia podziękuj za pięć wydarzeń, za które jesteś wdzięczny.
3. Porozmawiaj z bliską osobą raz w tygodniu przez godzinę bez przerwy.
4. Posadź roślinę i dbaj o nią.
5. Skróć o połowę czas spędzany przed telewizorem.
6. Uśmiechnij się przynajmniej raz do nieznajomego.
7. Odnów kontakt z osobą, która jest Ci bliska.
8. Pośmiej się od serca przynajmniej raz dziennie.
9. Przyznaj sobie nagrodę i ciesz się nią.
10.Codziennie zrób coś dla kogoś innego.
Może warto spróbować?
1. Gimnastykuj się trzy razy w tygodniu przez pół godziny.
2. Każdego dnia podziękuj za pięć wydarzeń, za które jesteś wdzięczny.
3. Porozmawiaj z bliską osobą raz w tygodniu przez godzinę bez przerwy.
4. Posadź roślinę i dbaj o nią.
5. Skróć o połowę czas spędzany przed telewizorem.
6. Uśmiechnij się przynajmniej raz do nieznajomego.
7. Odnów kontakt z osobą, która jest Ci bliska.
8. Pośmiej się od serca przynajmniej raz dziennie.
9. Przyznaj sobie nagrodę i ciesz się nią.
10.Codziennie zrób coś dla kogoś innego.
Może warto spróbować?
poniedziałek, 6 czerwca 2011
I'm back.
Dobrze, że nie miałem dostępu do bloga w szpitalu bo post, który zaraz napiszę byłby bardzo nieprzyjemny i mroczny. Na szczęście w tym momencie jestem już w lepszym humorze i mogę na świeżo zrelacjonować to działo się podczas ostatniego tygodnia, a działo się całkiem sporo.
Zaczęło się od imprezy integracyjnej firmy, w której pracuję. W szczegóły wchodzić nie będę (nawet nie powinienem) ale ogólne wrażenie było pozytywne. Pomimo niesprzyjającej aury udało się zebrać bardzo zgraną paczkę. Cały wypad trwał, bagatela, ponad 16 godzin. Nie dość, że miałem okazję wspiąć się na pal, postrzelać z łuku, obejrzeć finał LM w HD i potańczyć to na dodatek poznałem siostrę ;) Oby więcej takich imprez!
Następny dzień to powrót w rodzinne strony i grill. Pogoda cudna. Leżałem sobie na hamaczku i podziwiałem widoczki nieświadomy tego co miało nastąpić w najbliższych godzinach ;) Byłem przekonany, że mój ból brzucha spowodowany jest nadmiarem różnorakiego jedzenia i zwykłym namieszaniem. Następnego dnia okazało się, że mam gorączkę. Udałem się do lekarza, który natychmiast skierował mnie do wadowickiego szpitala z podejrzeniem zapalenia wyrostka robaczkowego.
W Wadowicach zgłosiłem się na SOR gdzie lekarz potwierdził diagnozę i zadał pytanie:
-Zgadza się pan na operację?
-A mam wyjście? - odparłem beznamiętnie.
-Pewnie, że pan ma. Może nas pan olać, wyjść stąd i umrzeć gdzieś pod płotem. - powiedział dość ironicznie lekarz.
-To ja się jeszcze zastanowię...
Po chwili analizowania za i przeciw każdej opcji zdecydowałem się skorzystać z gościnności polskich szpitali.
Operacja odbyła się około 2 godzin po wizycie na SORze. Ogolono mi brzuch (tępą maszynką oczywiście) i wsadzono w biały kaftanik (ale miałem ręce wolne ;)). Potem pamiętam tylko jak pokazywano mi to coś co ze mnie wycięto (wyglądał jak robak i był naprawdę duży) choć nie do końca jestem sobie w stanie przypomnieć szczegółów - jak to po narkozie ;)
Najgorsze były pierwsze 2 dni. Bolało non-stop, ani na chwile nie odpuszczało. Ledwo mogłem chodzić. Potem było z górki. Nie wiem kto wymyślił ketonal ale chętnie tą osobę uściskam :) Atmosfera w pokoju była w porządku. Spotkałem kilku interesujących ludzi, a ramówkę radia Andrychów znam już na pamięć :)
Nie twierdzę, że nie było nudno ale jednak patrząc z perspektywy tych kilku dni po wyjściu ze szpitala stwierdzam, że nie było wcale tak źle. W takiej sytuacji każda pozytywna rzecz cieszy. Fakt, że po 3 dniach możesz się napić wody, potem zjeść kleik i wypić herbatę. To, że Ci się nie kręci w głowie jak chodzisz. To, że ktoś o Tobie myśli i zadzwoni albo nawet odwiedzi. Pomimo, że spędziłem w szpitalu ledwie 5 dni to myślę, że wyniosłem z niego kilka interesujących spostrzeżeń.
Obecnie jest już lepiej. Dzisiaj planuję wybrać się na krótki spacer. Niestety obowiązuje mnie dieta i kategoryczny zakaz aktywności fizycznej ale to tylko etap przejściowy. Nawet blizna kiedyś przestanie być tak widoczna. Trzeba być pozytywnej myśli. Na dodatek wczorajszy wieczór poprawił mi humor, bo okazało się, że jednak potrafię powiedzieć to co myślę. Teraz żałuję, że nie zrobiłem tego duuużo wcześniej :)
Teraz musi być tylko lepiej!
VAMOS!
Zaczęło się od imprezy integracyjnej firmy, w której pracuję. W szczegóły wchodzić nie będę (nawet nie powinienem) ale ogólne wrażenie było pozytywne. Pomimo niesprzyjającej aury udało się zebrać bardzo zgraną paczkę. Cały wypad trwał, bagatela, ponad 16 godzin. Nie dość, że miałem okazję wspiąć się na pal, postrzelać z łuku, obejrzeć finał LM w HD i potańczyć to na dodatek poznałem siostrę ;) Oby więcej takich imprez!
Następny dzień to powrót w rodzinne strony i grill. Pogoda cudna. Leżałem sobie na hamaczku i podziwiałem widoczki nieświadomy tego co miało nastąpić w najbliższych godzinach ;) Byłem przekonany, że mój ból brzucha spowodowany jest nadmiarem różnorakiego jedzenia i zwykłym namieszaniem. Następnego dnia okazało się, że mam gorączkę. Udałem się do lekarza, który natychmiast skierował mnie do wadowickiego szpitala z podejrzeniem zapalenia wyrostka robaczkowego.
W Wadowicach zgłosiłem się na SOR gdzie lekarz potwierdził diagnozę i zadał pytanie:
-Zgadza się pan na operację?
-A mam wyjście? - odparłem beznamiętnie.
-Pewnie, że pan ma. Może nas pan olać, wyjść stąd i umrzeć gdzieś pod płotem. - powiedział dość ironicznie lekarz.
-To ja się jeszcze zastanowię...
Po chwili analizowania za i przeciw każdej opcji zdecydowałem się skorzystać z gościnności polskich szpitali.
Operacja odbyła się około 2 godzin po wizycie na SORze. Ogolono mi brzuch (tępą maszynką oczywiście) i wsadzono w biały kaftanik (ale miałem ręce wolne ;)). Potem pamiętam tylko jak pokazywano mi to coś co ze mnie wycięto (wyglądał jak robak i był naprawdę duży) choć nie do końca jestem sobie w stanie przypomnieć szczegółów - jak to po narkozie ;)
Najgorsze były pierwsze 2 dni. Bolało non-stop, ani na chwile nie odpuszczało. Ledwo mogłem chodzić. Potem było z górki. Nie wiem kto wymyślił ketonal ale chętnie tą osobę uściskam :) Atmosfera w pokoju była w porządku. Spotkałem kilku interesujących ludzi, a ramówkę radia Andrychów znam już na pamięć :)
Nie twierdzę, że nie było nudno ale jednak patrząc z perspektywy tych kilku dni po wyjściu ze szpitala stwierdzam, że nie było wcale tak źle. W takiej sytuacji każda pozytywna rzecz cieszy. Fakt, że po 3 dniach możesz się napić wody, potem zjeść kleik i wypić herbatę. To, że Ci się nie kręci w głowie jak chodzisz. To, że ktoś o Tobie myśli i zadzwoni albo nawet odwiedzi. Pomimo, że spędziłem w szpitalu ledwie 5 dni to myślę, że wyniosłem z niego kilka interesujących spostrzeżeń.
Obecnie jest już lepiej. Dzisiaj planuję wybrać się na krótki spacer. Niestety obowiązuje mnie dieta i kategoryczny zakaz aktywności fizycznej ale to tylko etap przejściowy. Nawet blizna kiedyś przestanie być tak widoczna. Trzeba być pozytywnej myśli. Na dodatek wczorajszy wieczór poprawił mi humor, bo okazało się, że jednak potrafię powiedzieć to co myślę. Teraz żałuję, że nie zrobiłem tego duuużo wcześniej :)
Teraz musi być tylko lepiej!
VAMOS!
wtorek, 10 maja 2011
Mój przyjaciel Piotrek.
Już w weekend miałem okazję usłyszeć optymistyczne prognozy pogody na nadchodzący tydzień przewidujące nieustanne słońce i dwudziesto kilku stopniowe (słownik mi tutaj pokazuje błąd ale nie mam pojęcia jak to poprawnie napisać) temperatury. Jako, że jestem naiwnym idealistą, bezwzględnie w nie uwierzyłem. Jest wtorek, a ja od dwóch dni widziałem dosłownie kilka chmur na niebie. Taki stan rzeczy sprawia, że budzą się moje wyrzuty sumienia, które nakazują mi natychmiast, pomimo ograniczonej mobilności, ruszyć moje białe jak ściana cztery litery i cieszyć się kwitnącą wiosną.
Wczorajszego popołudnia zdecydowałem nie wracać bezpośrednio do domu, dlatego też udałem się na krakowskie Planty i dostojnie zasiadłem na jednej z (drewnianych?) ławeczek. Nigdzie mi się specjalnie nie spieszyło, więc po zakupieniu banana oraz mleka waniliowego (pycha!) leniwie przyglądałem się otoczeniu. „W tak pięknych okolicznościach przyrody” podszedł do mnie pewien jegomość...
Ciężko zaklasyfikować go do jakiejkolwiek grupy społecznej. Z pewnością życie dało mu mocno w kość i teraz ma problemy ze związaniem końca z końcem. Jednak nie wyglądał na typowego, przepraszam za kolokwializm, „żula”. Nie poczułem, że się zbliża, a to już nie lada plus. Jego zęby można by policzyć na palcach jednej ręki, ale postanowiłem dać mu szanse (o ile nie poprosi o pieniądze na wino czy coś w tym stylu). Muszę przyznać, że jego otwierające pytanie mocno mnie zaskoczyło. Może nie tyle pierwsze pytanie, które było mało istotne, co kolejne.
- Przepraszam, czy mogę mieć do pana pytanie? – powiedział bardzo powoli nieznajomy.
- Słucham. O co chodzi?
Tutaj nastąpiła pauza, ale nie taka ćwierćnutowa czy półnutowa. To było kilka solidnych pauz cało-nutowych. Cierpliwie czekałem na kontynuację.
- Ile kosztują takie okulary? – zapytał jegomość wskazując na parę przeciwsłonecznych szkieł znajdujących się na mojej głowie.
Pomyślałem „Niezły z niego cwaniak. Powiem że 60zł, to stwierdzi, że skoro stać mnie na takie okulary to pewnie mam trochę drobnych na zbyciu.”
- Nie wiem ile. Dostałem je w prezencie – skłamałem.
- Ale tak mniej więcej. Ile takie okulary mogą kosztować?
- A bo ja wiem... Nic szczególnego, pewnie za 20 zł można takie okulary kupić na Floriańskiej – skłamałem po raz kolejny.
- Bo wiesz, ja szukam takich okularów dzięki którym mógłbym się ukryć przed światem, przed moją żoną i dziećmi.
W tym momencie wiedziałem, że będzie ciekawie.
Odniosłem wrażenie, że koleżka jest nietrzeźwy, jednak nie poczułem od niego żadnego alkoholu. Mówił bardzo powoli, nie przeklinał i bądź co bądź miał solidny zasób słownictwa.
- Nie wiem czy takie okulary istnieją. Osobiście uważam, że lepiej się nie ukrywać i stawić czoło swoim problemom. - odparłem udając, że się znam na życiu.
- Ale ja bym chciał chociaż raz się ukryć. Nic więcej.
Nie pamiętam dokładnie jak odpowiadałem na jego pytania więc nie będę próbował dokładnie odtworzyć przebiegu rozmowy. Szybko zrozumiałem, że koleżka ma potrzebę wygadania się. On zauważył, że ja daję mu na to pozwolenie więc bez zwłoki zapytał czy możemy przejść na ty. Czemu nie.
Piotrek opowiadał o tym jak podczas swojego pobytu w Grecji „na własne uszy” słyszał jak jego żona „podniecała się z innym”. Było mu trochę wstyd przyznać się, że jest rogaczem ale stwierdziłem, że przecież mnie nie zna więc niech się nie przejmuje. Gdy wspomniał o Grecji ja instynktownie powiedziałem „Kalimera, Kalinichta” czym przekonałem go do siebie zupełnie. Podzieliłem się z nim faktem, że byłem kilka tygodni w Grecji. On spędził tam szmat czasu. Głównie pracując na plantacjach pomarańczy oraz winogron. Opowiadał on świętowaniu przez Greków mistrzostwa Europy (zdobytego wg niego w 1984r.) i o tym, że musiał „trzymać się za jaja” żeby przetrwać. Wspominał o tym jak ludzie nawzajem się wyzyskują oraz o tym jak zwiedzał kanał Koryncki. Zabawna była historia jego gafy w stosunku do żony jednego z jego pracodawców. Chciał popisać się znajomością języka greckiego i zamiast kulturalnie się przywitać powiedział do niej „Dzień dobry suko”. Okazało się również, że Piotrek siedział w więzieniu przez rok. Za co? Tego nie powiedział, a ja nie pytałem. Bo i po co?
Nasza rozmowa (a raczej jego monolog) miała się już ku końcowi gdyż byłem umówiony na kolejną (ale tym razem z kimś o pełnym uzębieniu). Gdy już wstawałem Piotrek zapytał mnie czy nie mam drobnych na precla. Eh, a jednak... Pomyślałem, że skoro tyle się naprodukował, to dam mu jakiegoś drobniaka. W momencie gdy przeglądałem portfel w poszukiwaniu pieniędzy, wspomniał, że musi dostać się do Wadowic. Dałem mu piątkę mówiąc, że sam w Wadowicach się urodziłem. Gdy to usłyszał o mało co nie rzucił mi się w ramiona. Zapytał czy tam mieszkam, więc wyjaśniłem, że jestem z Andrychowa. Kolejny atak szczęścia. Andrychów znał i często tam bywał. Zaczął rzucać nazwiskami mając nadzieje, że znajdą się jacyś wspólni znajomi. Wziął mnie nawet z zaskoczenia:
-Pracowałeś może w WSW? (Wytwórnia Silników Wysokoprężnych – swego czasu największy pracodawca w Andrychowie)
-Gdzie tam. Ja aż tak stary to nie jestem...
Kończąc rzucił jeszcze jedno nazwisko, którego oczywiście kompletnie nie kojarzyłem ale wspomniał, że to ochroniarz z Epsilonu. Odpowiedziałem mu, że kolesia nie znam, ale Epsilon nie jest w Andrychowie tylko za Izdebnikiem, w stronę Krakowa. Szybko zrozumiał swoją pomyłkę i ciągnął dalej twierdząc, że ów ochroniarz pracował w nieistniejącej już knajpie andrychowskiej. Nie mógł sobie przypomnieć jej nazwy ale pamiętał, że była ona zaraz przy wjeździe przy głównej drodze. Odpowiedź mogła być tylko jedna „Zodiak”. Gdy to usłyszał ponownie rzucił mi się w ramiona bo wiedział, że jestem prawdziwym Andrychowianinem...
Na pożegnanie klasyczny żółwik i kilka ciepłych słów na dodanie otuchy (w dwie strony). Gdy już ruszyłem w swoją stronę Piotrek krzyknął:
-Maciek!
-Co Piotrek?
-A mogę się rozpłakać?
-Pewnie, że tak!
Wczorajszego popołudnia zdecydowałem nie wracać bezpośrednio do domu, dlatego też udałem się na krakowskie Planty i dostojnie zasiadłem na jednej z (drewnianych?) ławeczek. Nigdzie mi się specjalnie nie spieszyło, więc po zakupieniu banana oraz mleka waniliowego (pycha!) leniwie przyglądałem się otoczeniu. „W tak pięknych okolicznościach przyrody” podszedł do mnie pewien jegomość...
Ciężko zaklasyfikować go do jakiejkolwiek grupy społecznej. Z pewnością życie dało mu mocno w kość i teraz ma problemy ze związaniem końca z końcem. Jednak nie wyglądał na typowego, przepraszam za kolokwializm, „żula”. Nie poczułem, że się zbliża, a to już nie lada plus. Jego zęby można by policzyć na palcach jednej ręki, ale postanowiłem dać mu szanse (o ile nie poprosi o pieniądze na wino czy coś w tym stylu). Muszę przyznać, że jego otwierające pytanie mocno mnie zaskoczyło. Może nie tyle pierwsze pytanie, które było mało istotne, co kolejne.
- Przepraszam, czy mogę mieć do pana pytanie? – powiedział bardzo powoli nieznajomy.
- Słucham. O co chodzi?
Tutaj nastąpiła pauza, ale nie taka ćwierćnutowa czy półnutowa. To było kilka solidnych pauz cało-nutowych. Cierpliwie czekałem na kontynuację.
- Ile kosztują takie okulary? – zapytał jegomość wskazując na parę przeciwsłonecznych szkieł znajdujących się na mojej głowie.
Pomyślałem „Niezły z niego cwaniak. Powiem że 60zł, to stwierdzi, że skoro stać mnie na takie okulary to pewnie mam trochę drobnych na zbyciu.”
- Nie wiem ile. Dostałem je w prezencie – skłamałem.
- Ale tak mniej więcej. Ile takie okulary mogą kosztować?
- A bo ja wiem... Nic szczególnego, pewnie za 20 zł można takie okulary kupić na Floriańskiej – skłamałem po raz kolejny.
- Bo wiesz, ja szukam takich okularów dzięki którym mógłbym się ukryć przed światem, przed moją żoną i dziećmi.
W tym momencie wiedziałem, że będzie ciekawie.
Odniosłem wrażenie, że koleżka jest nietrzeźwy, jednak nie poczułem od niego żadnego alkoholu. Mówił bardzo powoli, nie przeklinał i bądź co bądź miał solidny zasób słownictwa.
- Nie wiem czy takie okulary istnieją. Osobiście uważam, że lepiej się nie ukrywać i stawić czoło swoim problemom. - odparłem udając, że się znam na życiu.
- Ale ja bym chciał chociaż raz się ukryć. Nic więcej.
Nie pamiętam dokładnie jak odpowiadałem na jego pytania więc nie będę próbował dokładnie odtworzyć przebiegu rozmowy. Szybko zrozumiałem, że koleżka ma potrzebę wygadania się. On zauważył, że ja daję mu na to pozwolenie więc bez zwłoki zapytał czy możemy przejść na ty. Czemu nie.
Piotrek opowiadał o tym jak podczas swojego pobytu w Grecji „na własne uszy” słyszał jak jego żona „podniecała się z innym”. Było mu trochę wstyd przyznać się, że jest rogaczem ale stwierdziłem, że przecież mnie nie zna więc niech się nie przejmuje. Gdy wspomniał o Grecji ja instynktownie powiedziałem „Kalimera, Kalinichta” czym przekonałem go do siebie zupełnie. Podzieliłem się z nim faktem, że byłem kilka tygodni w Grecji. On spędził tam szmat czasu. Głównie pracując na plantacjach pomarańczy oraz winogron. Opowiadał on świętowaniu przez Greków mistrzostwa Europy (zdobytego wg niego w 1984r.) i o tym, że musiał „trzymać się za jaja” żeby przetrwać. Wspominał o tym jak ludzie nawzajem się wyzyskują oraz o tym jak zwiedzał kanał Koryncki. Zabawna była historia jego gafy w stosunku do żony jednego z jego pracodawców. Chciał popisać się znajomością języka greckiego i zamiast kulturalnie się przywitać powiedział do niej „Dzień dobry suko”. Okazało się również, że Piotrek siedział w więzieniu przez rok. Za co? Tego nie powiedział, a ja nie pytałem. Bo i po co?
Nasza rozmowa (a raczej jego monolog) miała się już ku końcowi gdyż byłem umówiony na kolejną (ale tym razem z kimś o pełnym uzębieniu). Gdy już wstawałem Piotrek zapytał mnie czy nie mam drobnych na precla. Eh, a jednak... Pomyślałem, że skoro tyle się naprodukował, to dam mu jakiegoś drobniaka. W momencie gdy przeglądałem portfel w poszukiwaniu pieniędzy, wspomniał, że musi dostać się do Wadowic. Dałem mu piątkę mówiąc, że sam w Wadowicach się urodziłem. Gdy to usłyszał o mało co nie rzucił mi się w ramiona. Zapytał czy tam mieszkam, więc wyjaśniłem, że jestem z Andrychowa. Kolejny atak szczęścia. Andrychów znał i często tam bywał. Zaczął rzucać nazwiskami mając nadzieje, że znajdą się jacyś wspólni znajomi. Wziął mnie nawet z zaskoczenia:
-Pracowałeś może w WSW? (Wytwórnia Silników Wysokoprężnych – swego czasu największy pracodawca w Andrychowie)
-Gdzie tam. Ja aż tak stary to nie jestem...
Kończąc rzucił jeszcze jedno nazwisko, którego oczywiście kompletnie nie kojarzyłem ale wspomniał, że to ochroniarz z Epsilonu. Odpowiedziałem mu, że kolesia nie znam, ale Epsilon nie jest w Andrychowie tylko za Izdebnikiem, w stronę Krakowa. Szybko zrozumiał swoją pomyłkę i ciągnął dalej twierdząc, że ów ochroniarz pracował w nieistniejącej już knajpie andrychowskiej. Nie mógł sobie przypomnieć jej nazwy ale pamiętał, że była ona zaraz przy wjeździe przy głównej drodze. Odpowiedź mogła być tylko jedna „Zodiak”. Gdy to usłyszał ponownie rzucił mi się w ramiona bo wiedział, że jestem prawdziwym Andrychowianinem...
Na pożegnanie klasyczny żółwik i kilka ciepłych słów na dodanie otuchy (w dwie strony). Gdy już ruszyłem w swoją stronę Piotrek krzyknął:
-Maciek!
-Co Piotrek?
-A mogę się rozpłakać?
-Pewnie, że tak!
poniedziałek, 14 marca 2011
O drodze do celu
Spontaniczne odwiedziny swoich świetnych kumpli zawsze kończą się czymś ciekawym.
Tym razem nasze spotkanie zaowocowało między innymi poniższą myślą:
"Nie zawsze warto jest czekać na bezpośredni autobus. Czasami lepiej jest zrobić kilka przesiadek ale dojechać tam gdzie się chce."
(oczywiście to mocna parafraza tego co powiedział E. ale sens jest zachowany).
Cóż więcej mogę powiedzieć. Chyba tyle, że nie powinno się jeździć na gapę :D (if you know what I mean!).
Tym razem nasze spotkanie zaowocowało między innymi poniższą myślą:
"Nie zawsze warto jest czekać na bezpośredni autobus. Czasami lepiej jest zrobić kilka przesiadek ale dojechać tam gdzie się chce."
(oczywiście to mocna parafraza tego co powiedział E. ale sens jest zachowany).
Cóż więcej mogę powiedzieć. Chyba tyle, że nie powinno się jeździć na gapę :D (if you know what I mean!).
czwartek, 10 lutego 2011
Green Twins
First time he took it cool
His head up in the clouds
Every minute was gold
And every hour was right
That song was like a wish
Made the green twins cry
She came to him one night
The bed was simply too tight
She stole the bigger one
He didn't care at all
She took the smaller then
and by the sunrise was gone
Together they fly up high
Too high to open eyes
Something bit her tail
'Come back to me! Right now!'
Three times they ran
Sun always felt warm
Each time she woke up
But he dreamed on and on
Last time was different
If felt even too strong
But he's starting again
Tired of everything
Now he’s dreaming alone
Windows wide open still
Was that even real?
Doesn’t matter now, just dream you fool, dream…
His head up in the clouds
Every minute was gold
And every hour was right
That song was like a wish
Made the green twins cry
She came to him one night
The bed was simply too tight
She stole the bigger one
He didn't care at all
She took the smaller then
and by the sunrise was gone
Together they fly up high
Too high to open eyes
Something bit her tail
'Come back to me! Right now!'
Three times they ran
Sun always felt warm
Each time she woke up
But he dreamed on and on
Last time was different
If felt even too strong
But he's starting again
Tired of everything
Now he’s dreaming alone
Windows wide open still
Was that even real?
Doesn’t matter now, just dream you fool, dream…
niedziela, 29 sierpnia 2010
Cryin` like a bitch
Każdy w życiu ma jakieś problemy. Mniejsze lub większe ale jednak. Również każdy z nas inaczej sobie z nimi radzi. Jedni wolą ignorować, drudzy eskalować, a inni stawiają im czoła. Zastanawiałem się ostatnio jak to jest, że to co dla kogoś jest przeszkodą nie do ominięcia, dla innych jest na przykład częścią życia, czymś zwyczajnym. Temat dość rozbudowany, ale pozwolę sobie zakończyć ten dziwny wstęp i przejść do rzeczy.
Chorobą cywilizacyjną (nie wiem, czy choroba jest tutaj dobrym określeniem) jest podobno depresja. Tempo życia, ciągła konieczność rywalizacji i życie w stresie sprawiają, że młodzi ludzie (starsi również) nie dają rady. Ale tak sobie głośno myślę, że to przecież ich (nasza) wina. To świadomy wybór, który podejmujemy często zapominając o jego konsekwencjach. Osobiście wolę żyć spokojnie i bezstresowo (aczkolwiek nie nudno!) niż uganiać się za awansami, premiami itp. Mam jednak wrażenie, że znów odchodzę od tego co miałem napisać pierwotnie (jakiś rozkojarzony jestem dzisiejszego dnia).
Masz co jeść? Masz gdzie spać? Masz z kim porozmawiać?
Jeśli tak, to najlepiej zacznij się z tego cieszyć już teraz, bo wielu nie ma nawet tego. Zamiast narzekać na to, że szef cie nie lubi, że politycy to banda imbecyli, że sąsiad ma szybszą kosiarkę, lepiej docenić to kogo i co się ma właśnie teraz, bo w przeciwnym razie zawsze znajdzie się jakiś problem. Zawsze znajdzie się coś do narzekania. Będąc w liceum tęsknisz za beztroską podstawówką, będąc na studiach tęsknisz za osiemnastkami (mówię o imprezach ;)), pracując tęsknisz za wolnym czasem studiach, będąc na emeryturze tęsknisz za pracą... Przecież tak nie można! W ten sposób nigdy nie docenimy tego co mamy. Pewnie, że chętnie bym wrócił na studia, spał do południa i leżał brzuchem do góry w wakacje. Ale cieszę się z mojej niezależności finansowej, z możliwości jakie przede mną stoją i z ludzi, którzy mnie otaczają. Wiem, że sam lubię sobie czasem ponarzekać, nawet na durne tematy, ale staram się ograniczać jak tylko potrafię :P
Cieszmy się z tego co mamy :)
The End.
Chorobą cywilizacyjną (nie wiem, czy choroba jest tutaj dobrym określeniem) jest podobno depresja. Tempo życia, ciągła konieczność rywalizacji i życie w stresie sprawiają, że młodzi ludzie (starsi również) nie dają rady. Ale tak sobie głośno myślę, że to przecież ich (nasza) wina. To świadomy wybór, który podejmujemy często zapominając o jego konsekwencjach. Osobiście wolę żyć spokojnie i bezstresowo (aczkolwiek nie nudno!) niż uganiać się za awansami, premiami itp. Mam jednak wrażenie, że znów odchodzę od tego co miałem napisać pierwotnie (jakiś rozkojarzony jestem dzisiejszego dnia).
Masz co jeść? Masz gdzie spać? Masz z kim porozmawiać?
Jeśli tak, to najlepiej zacznij się z tego cieszyć już teraz, bo wielu nie ma nawet tego. Zamiast narzekać na to, że szef cie nie lubi, że politycy to banda imbecyli, że sąsiad ma szybszą kosiarkę, lepiej docenić to kogo i co się ma właśnie teraz, bo w przeciwnym razie zawsze znajdzie się jakiś problem. Zawsze znajdzie się coś do narzekania. Będąc w liceum tęsknisz za beztroską podstawówką, będąc na studiach tęsknisz za osiemnastkami (mówię o imprezach ;)), pracując tęsknisz za wolnym czasem studiach, będąc na emeryturze tęsknisz za pracą... Przecież tak nie można! W ten sposób nigdy nie docenimy tego co mamy. Pewnie, że chętnie bym wrócił na studia, spał do południa i leżał brzuchem do góry w wakacje. Ale cieszę się z mojej niezależności finansowej, z możliwości jakie przede mną stoją i z ludzi, którzy mnie otaczają. Wiem, że sam lubię sobie czasem ponarzekać, nawet na durne tematy, ale staram się ograniczać jak tylko potrafię :P
Cieszmy się z tego co mamy :)
The End.
środa, 5 maja 2010
Przerwa...
Nie podoba mi się to, że większość postów rozpoczynam od stwierdzenia jak dawno mnie tu nie było. Najwyraźniej nie odczuwam potrzeby pisania. Dziś mam jednak trochę czasu więc skrobnę co nieco.
Jest maj. Za oknem pada, ale i tak lepszy maj niż kwiecień. Myślę, co się u mnie ciekawego zdarzyło w kwietniu, ale nie mogę sobie przypomnieć, oczywiście poza urodzinami bliskiej mi osoby. Minął kolejny miesiąc mojej pracy w UBS i już zdaję sobie sprawę, że nie jest to praca mojego życia. Nie narzekam. Póki co mi się podoba bo robię co lubię i dostaję za to pieniądze. Ale przed Euro2012 wypadałoby coś zmienić. Jednak to średnio-terminowe plany.
Już niedługo, bo za 3 tygodnie, wielki koncert AC/DC w Warszawie. Biorę 2 dni wolnego, bo przecież w piątek po koncercie nie wrócę na bani do pracy :P AC/DC chyba nową płytę wydaję, a przynajmniej singiel bo wiem, że ich muzyka jest wykorzystana w Iron Manie 2. Swoją drogą ciekawe czy będzie tak ciekawy jak pierwsza część. Szczerze wątpię.
Jeśli chodzi o kino, to byłem ostatnio z moją lubą na "Starciu Tytanów". Utwierdziłem się w przekonaniu, że podstawa sukcesu do dobry trailer. Film okazał się kompletną klapą. Nie oczekiwałem wiele, ale nawet ciekawych scen walki nie dane mi było zobaczyć. Efekty niby dobre, ale nie wszystko da się nimi zatuszować. I tutaj zgrabnie przejdę do jednego z moich podstawowych tematów, a mianowicie piłki nożnej. Podczas tego seansu odbywał się półfinał ligi mistrzów między Barceloną, a Interem...
Nie będę się rozpisywał. Inter zasłużył na zwycięstwo i w finale to im będę kibicował. Jest to jeden z najbardziej znienawidzonych przeze mnie klubów, ale bądź co bądź co bądź reprezentują włoską piłkę. Bayern awansował tak wysoko m.in. dzięki niesłusznie uznanej bramce przeciwko Fiorentinie (2 metrowy spalony) oraz szczęśliwej drabince. Jeśli nie Viola to United powinien był sobie z Bawarczykami poradzić. Nie wyszło. Zabrakło obrony oraz Rooney`a. O słabym Lyonie nie wspomnę. Finał powinien być formalnością, głównie ze względu na brak Riberego, (Robben będzie szczęściarzem jeśli dotrwa do końca meczu bez kontuzji) i 'The Special One'.
Polecam blog Michała Pola, a szczególnie ten wpis i komentarze czytelników:
Dzien w którym umarł futbol
Dobrze słyszałem, że finał jest 22 Maja? Przecież to sobota. WTF ??
Ostatnio trochę czasu straciłem na NBA 2k10. Przyznam, że gierka super ale na szczęście zepsuł się sejw więc uwolniłem się od uzależnienia ;) Jutro gram w nogę z jakimś PIOMETEM. Trzymajcie kciuki bo może w końcu będę grał w napadzie. Hat-trick musi być!!!
Hmmmmm....Co jeszcze...O! Wczoraj widziałem drugą część Świętych z Bostonu. Trochę się zawiodłem. Brakowało tego klimatu. Widoczny Hollywood. Na szczęście twórcy zostawili sobie furtkę na trzecią część, więc może uda im się zrehabilitować.
Film, który mogę polecić to Hurt Locker. Głównie dla ludzi o mocnych nerwach. Nie będę się rozpisywał. Warto i tyle!
Wypadałoby wrzucić jakiś obrazek albo filmik bo ciężko się pewnie tak "na sucho" czyta.
Posłuchajcie komentatora. Nie, on się nie zaciął :)
I jeszcze jedno.
Rozmawiałem ostatnio z Kermitem. Poważnie :)
Jest maj. Za oknem pada, ale i tak lepszy maj niż kwiecień. Myślę, co się u mnie ciekawego zdarzyło w kwietniu, ale nie mogę sobie przypomnieć, oczywiście poza urodzinami bliskiej mi osoby. Minął kolejny miesiąc mojej pracy w UBS i już zdaję sobie sprawę, że nie jest to praca mojego życia. Nie narzekam. Póki co mi się podoba bo robię co lubię i dostaję za to pieniądze. Ale przed Euro2012 wypadałoby coś zmienić. Jednak to średnio-terminowe plany.
Już niedługo, bo za 3 tygodnie, wielki koncert AC/DC w Warszawie. Biorę 2 dni wolnego, bo przecież w piątek po koncercie nie wrócę na bani do pracy :P AC/DC chyba nową płytę wydaję, a przynajmniej singiel bo wiem, że ich muzyka jest wykorzystana w Iron Manie 2. Swoją drogą ciekawe czy będzie tak ciekawy jak pierwsza część. Szczerze wątpię.
Jeśli chodzi o kino, to byłem ostatnio z moją lubą na "Starciu Tytanów". Utwierdziłem się w przekonaniu, że podstawa sukcesu do dobry trailer. Film okazał się kompletną klapą. Nie oczekiwałem wiele, ale nawet ciekawych scen walki nie dane mi było zobaczyć. Efekty niby dobre, ale nie wszystko da się nimi zatuszować. I tutaj zgrabnie przejdę do jednego z moich podstawowych tematów, a mianowicie piłki nożnej. Podczas tego seansu odbywał się półfinał ligi mistrzów między Barceloną, a Interem...
Nie będę się rozpisywał. Inter zasłużył na zwycięstwo i w finale to im będę kibicował. Jest to jeden z najbardziej znienawidzonych przeze mnie klubów, ale bądź co bądź co bądź reprezentują włoską piłkę. Bayern awansował tak wysoko m.in. dzięki niesłusznie uznanej bramce przeciwko Fiorentinie (2 metrowy spalony) oraz szczęśliwej drabince. Jeśli nie Viola to United powinien był sobie z Bawarczykami poradzić. Nie wyszło. Zabrakło obrony oraz Rooney`a. O słabym Lyonie nie wspomnę. Finał powinien być formalnością, głównie ze względu na brak Riberego, (Robben będzie szczęściarzem jeśli dotrwa do końca meczu bez kontuzji) i 'The Special One'.
Polecam blog Michała Pola, a szczególnie ten wpis i komentarze czytelników:
Dzien w którym umarł futbol
Dobrze słyszałem, że finał jest 22 Maja? Przecież to sobota. WTF ??
Ostatnio trochę czasu straciłem na NBA 2k10. Przyznam, że gierka super ale na szczęście zepsuł się sejw więc uwolniłem się od uzależnienia ;) Jutro gram w nogę z jakimś PIOMETEM. Trzymajcie kciuki bo może w końcu będę grał w napadzie. Hat-trick musi być!!!
Hmmmmm....Co jeszcze...O! Wczoraj widziałem drugą część Świętych z Bostonu. Trochę się zawiodłem. Brakowało tego klimatu. Widoczny Hollywood. Na szczęście twórcy zostawili sobie furtkę na trzecią część, więc może uda im się zrehabilitować.
Film, który mogę polecić to Hurt Locker. Głównie dla ludzi o mocnych nerwach. Nie będę się rozpisywał. Warto i tyle!
Wypadałoby wrzucić jakiś obrazek albo filmik bo ciężko się pewnie tak "na sucho" czyta.
Posłuchajcie komentatora. Nie, on się nie zaciął :)
I jeszcze jedno.
Rozmawiałem ostatnio z Kermitem. Poważnie :)
czwartek, 3 września 2009
Cud nad Prądnikiem.
Ostatnio coś sporo o uzależnieniach.
Tym razem coś od czego jeszcze 10 lat temu praktycznie nikt w Polsce uzależnionym być nie mógł. Mianowicie Internet. Ka chciało, że w ostatni czwartek nasze źródełko przestało płynąć i zostaliśmy bezczelnie odcięci. Bo kto to widział, żeby biednym studentom/absolwentom Internet zabierać. Nie wiem, który sąsiad nas zablokował ale jak się dowiem to z pewnością przekona się jakim jestem gitarzystą i będzie znał wszystkie solówki Hammetta na pamięć :P
Wracając jednak do uzależnienia.
Po co ten Internet? Przecież nie żyjemy na Syberii czy w lasach amazońskich gdzie kontakt ze światem jest, delikatnie ujmując, utrudniony. Żyjemy w rozwijającym się kraju i w dodatku w XXI wieku. A tu jednak klops. Bo bez Internetu to nie wiadomo nic o transferach piłkarskich, ciężko śledzić kurs dolara i dodawać zdjęcia na naszej-klasie. Zastanawiam się jak to kiedyś było. Była telewizja, to chyba główne źródło informacji plus gazety. Maili nie było, była poczta. Gadu również. Jak ktoś miał coś ważnego do powiedzenia to dzwonił albo szedł osobiście. Trzeba było zapłacić, to szło się do banku. I był na to wszystko czas. Teraz wykonanie przelewu bankowego trwa minutę, wysłanie poczty też mniej więcej tyle. Wiadomości podane w dowolnej formie, audio/video/tekst, do wyboru do koloru. Porozmawiać możemy z każdym kto ma Internet. Mam wrażenie, że pomimo tego, że te podstawowe czynności zajmują o wiele krócej to człowiek ma mniej czasu na wszystko. Nie jestem jeszcze osobą, która na brak czasu może narzekać, ale po prostu takie mam zdanie. Za dużo spędzamy czasu na pierdołach! (teraz czekam na komentarze o tym, że sam tak robię :P )
Po kiego grzyba czytać każdego newsa na onecie czy pudelku (chyba, że się jest tak zagorzałym fanem Juventusu jak ja, wtedy cogodzinna wizyta na juvepoland.com nie jest niczym złym :P ), po co oglądać durne filmiki na youtube czy wreszcie po co przeglądać setki profili na nk? Pewne formy rozrywki odchodzą chyba w niepamięć. Nie znam dokładnych danych statystycznych, ale jestem gotów się założyć, że co raz mniej osób gra w gry planszowe. Jak je uwielbiam i wiem, że mogą dostarczyć masę zabawy. (dla tych, którzy jednak do dobrej zabawy potrzebują kilku promili we krwi polecam "Alkoholików z Catanu" :) gra jak na razie we wczesnych fazach projektowania ale możecie być pewni, że będzie to hit na miarę Monopoly ). Wystarczy się spotkać ze znajomymi, a na pewno urodzi się jakiś ciekawy pomysł. Nawet zwykła rozmowa, tylko nie przez gadu, jest lepsza od bezmyślnego klikania. Tak się chwilę zastanowiłem, że miałem w sumie pisać o uzależnieniu. Moment...tak, to jest tekst o uzależnieniu :P Myślałem, że już totalnie zboczyłem z tematu ale jest nieźle.
Najgorsze jest to, że sam jestem więźniem Internetu. Przez kilka dni byłem off-line i naprawdę momentami się nudziłem. Owszem znam inne zajęcia, czytałem książkę, grałem we wcześniej wspomniane gry planszowe, odwiedziłem znajomych, obejrzałem mecz Juve, grałem na gitarze, nawet odwiedziłem zoo. Sporo się tego nazbierało. Gdybym pracował prawdopodobnie mógłbym powiedzieć, że aktywnie (umysłowo i fizycznie) spędzałem czas. Jednak na chwilę obecną nadal jest mi mało, zawsze było ;) Teraz w końcu jest net, więc piszę o tym jak to jest jak go nie ma. Ciekawe...
Tym razem coś od czego jeszcze 10 lat temu praktycznie nikt w Polsce uzależnionym być nie mógł. Mianowicie Internet. Ka chciało, że w ostatni czwartek nasze źródełko przestało płynąć i zostaliśmy bezczelnie odcięci. Bo kto to widział, żeby biednym studentom/absolwentom Internet zabierać. Nie wiem, który sąsiad nas zablokował ale jak się dowiem to z pewnością przekona się jakim jestem gitarzystą i będzie znał wszystkie solówki Hammetta na pamięć :P
Wracając jednak do uzależnienia.
Po co ten Internet? Przecież nie żyjemy na Syberii czy w lasach amazońskich gdzie kontakt ze światem jest, delikatnie ujmując, utrudniony. Żyjemy w rozwijającym się kraju i w dodatku w XXI wieku. A tu jednak klops. Bo bez Internetu to nie wiadomo nic o transferach piłkarskich, ciężko śledzić kurs dolara i dodawać zdjęcia na naszej-klasie. Zastanawiam się jak to kiedyś było. Była telewizja, to chyba główne źródło informacji plus gazety. Maili nie było, była poczta. Gadu również. Jak ktoś miał coś ważnego do powiedzenia to dzwonił albo szedł osobiście. Trzeba było zapłacić, to szło się do banku. I był na to wszystko czas. Teraz wykonanie przelewu bankowego trwa minutę, wysłanie poczty też mniej więcej tyle. Wiadomości podane w dowolnej formie, audio/video/tekst, do wyboru do koloru. Porozmawiać możemy z każdym kto ma Internet. Mam wrażenie, że pomimo tego, że te podstawowe czynności zajmują o wiele krócej to człowiek ma mniej czasu na wszystko. Nie jestem jeszcze osobą, która na brak czasu może narzekać, ale po prostu takie mam zdanie. Za dużo spędzamy czasu na pierdołach! (teraz czekam na komentarze o tym, że sam tak robię :P )
Po kiego grzyba czytać każdego newsa na onecie czy pudelku (chyba, że się jest tak zagorzałym fanem Juventusu jak ja, wtedy cogodzinna wizyta na juvepoland.com nie jest niczym złym :P ), po co oglądać durne filmiki na youtube czy wreszcie po co przeglądać setki profili na nk? Pewne formy rozrywki odchodzą chyba w niepamięć. Nie znam dokładnych danych statystycznych, ale jestem gotów się założyć, że co raz mniej osób gra w gry planszowe. Jak je uwielbiam i wiem, że mogą dostarczyć masę zabawy. (dla tych, którzy jednak do dobrej zabawy potrzebują kilku promili we krwi polecam "Alkoholików z Catanu" :) gra jak na razie we wczesnych fazach projektowania ale możecie być pewni, że będzie to hit na miarę Monopoly ). Wystarczy się spotkać ze znajomymi, a na pewno urodzi się jakiś ciekawy pomysł. Nawet zwykła rozmowa, tylko nie przez gadu, jest lepsza od bezmyślnego klikania. Tak się chwilę zastanowiłem, że miałem w sumie pisać o uzależnieniu. Moment...tak, to jest tekst o uzależnieniu :P Myślałem, że już totalnie zboczyłem z tematu ale jest nieźle.
Najgorsze jest to, że sam jestem więźniem Internetu. Przez kilka dni byłem off-line i naprawdę momentami się nudziłem. Owszem znam inne zajęcia, czytałem książkę, grałem we wcześniej wspomniane gry planszowe, odwiedziłem znajomych, obejrzałem mecz Juve, grałem na gitarze, nawet odwiedziłem zoo. Sporo się tego nazbierało. Gdybym pracował prawdopodobnie mógłbym powiedzieć, że aktywnie (umysłowo i fizycznie) spędzałem czas. Jednak na chwilę obecną nadal jest mi mało, zawsze było ;) Teraz w końcu jest net, więc piszę o tym jak to jest jak go nie ma. Ciekawe...
poniedziałek, 20 lipca 2009
Nie dość, że bezczelny to jeszcze bezrobotny!
Cóż więcej dodać. Najwyraźniej taki już jestem :P
Dlaczego bezczelny? Bo nie ustępuję miejsca starszym osobom w autobusach. Tak przynajmniej stwierdził pewien pan, o wątpliwej dla mnie trzeźwości myślenia. Otóż jadę sobie autobusem miejski zadowolony z faktu, że udało mi się w końcu usiąść. Pomimo tego, że w środku było sporo osób to jak zwykle pozostało kilka wolnych miejsc. Jadę, jadę i dojechałem. Wysiadam. A tu nagle z pyskiem na mnie rzucił się wspomniany wcześniej jegomość. Pretensje, że mu miejsca nie ustąpiłem. To mu mówię, że to nie jest żaden obowiązek. Ten warknął jeszcze mocniej i usiadł na miejscu. Pokazałem mu jeszcze co o nim myślę i ruszyłem w swoją stronę. W sumie to powinienem mieć go gdzieś, i chyba mam ale denerwuję mnie niepisany krakowski zwyczaj : "Młody - stoi, starszy - siedzi". Też mam czasami ochotę sobie odpocząć, zrelaksować się i takie tam. Jak widzę staruszkę(ka) ledwo zipiącą(cego) to naturalnym jest, że ustępuję. Tyle o mojej domniemanej bezczelności.
A czy bezrobotny? Póki co tak :P Jakoś mi z tym dziwnie niekomfortowo, mam spore ambicję ale mam też problem z ich życiową implementacją :P Zobaczymy, może mi się poszczęści, ale szczęściu i tak trzeba pomóc ;)
O sobotniej imprezie nie będę pisał. Oj działo się działo. Zainteresowani dobrze wiedzą o czym mówię :p
Cya!!
Dlaczego bezczelny? Bo nie ustępuję miejsca starszym osobom w autobusach. Tak przynajmniej stwierdził pewien pan, o wątpliwej dla mnie trzeźwości myślenia. Otóż jadę sobie autobusem miejski zadowolony z faktu, że udało mi się w końcu usiąść. Pomimo tego, że w środku było sporo osób to jak zwykle pozostało kilka wolnych miejsc. Jadę, jadę i dojechałem. Wysiadam. A tu nagle z pyskiem na mnie rzucił się wspomniany wcześniej jegomość. Pretensje, że mu miejsca nie ustąpiłem. To mu mówię, że to nie jest żaden obowiązek. Ten warknął jeszcze mocniej i usiadł na miejscu. Pokazałem mu jeszcze co o nim myślę i ruszyłem w swoją stronę. W sumie to powinienem mieć go gdzieś, i chyba mam ale denerwuję mnie niepisany krakowski zwyczaj : "Młody - stoi, starszy - siedzi". Też mam czasami ochotę sobie odpocząć, zrelaksować się i takie tam. Jak widzę staruszkę(ka) ledwo zipiącą(cego) to naturalnym jest, że ustępuję. Tyle o mojej domniemanej bezczelności.
A czy bezrobotny? Póki co tak :P Jakoś mi z tym dziwnie niekomfortowo, mam spore ambicję ale mam też problem z ich życiową implementacją :P Zobaczymy, może mi się poszczęści, ale szczęściu i tak trzeba pomóc ;)
O sobotniej imprezie nie będę pisał. Oj działo się działo. Zainteresowani dobrze wiedzą o czym mówię :p
Cya!!
piątek, 22 maja 2009
Zmiany
Zmiany są potrzebne. Do tego chyba przekonywać nie muszę. Oby jak najczęściej były na lepsze :)
Przede mną jeden z ważniejszych etapów. Kończę studia :( Praca magisterska jest już w zaawansowanym stadium, obrona pewnie w lipcu, więc trzeba się rozglądać za sposobem wykorzystania tej "wiedzy" jaką nabyłem na UE. Czasami zastanawiam się czy lepiej by było gdyby pracował już w czasie studiów. Znajduję argumenty za i przeciw. Nie wiem, których jest więcej ale na pewno nie będę żałował że wiodłem prawdziwie studenckie życie. W sumie to w przeciągu kilku następnych miesięcy okaże się czy dobrze zrobiłem;)
Póki co jestem na etapie zmiany mieszkania. Szczerze mówiąc całe życie mieszkałem z kimś w pokoju. Może dlatego do tej pory tak bardzo mi to nie przeszkadzało. Ale stary już jestem i trochę więcej prywatności by się przydało. Nie żebym narzekał na współlokatorów, bo tych mam ok, ale po prostu czas na zmiany :)
Zmienię też pewnie lokalizację. Zazwyczaj były to okolice Mogilskiego czyli ścisłe centrum. Teraz... kto wie. Uczelni już nie będzie. Zobaczymy gdzie będę pracował (chyba że do tego czasu wygram dużo pieniędzy w pokera).
Korzystając z okazji. Ogłoszenie.
Mam do oddanie 5 małych, ślicznych kociaków. Tak się złożyło, że któregoś pięknego dnia moja mama zauważyła w ogrodzie młode z matką. Nie wiemy jak się tutaj znalazły. Pewnie poszła plotka po okolicy, że lubimy koty i je karmimy :) W każdym razie jeśli macie ochotę i czujecie się odpowiedzialni do opieki nad którymś z nich piszcie do mnie :) Na dowód podaje linki do krótkich filmików (sorry za jakość nagrania).
KOTY 1
KOTY 2
PS. Gramy koncert we wtorek tylko kompletnie zapomniałem jak się knajpa nazywa :P Po tym koncercie robimy przerwę, a przy najmniej ja :]
Przede mną jeden z ważniejszych etapów. Kończę studia :( Praca magisterska jest już w zaawansowanym stadium, obrona pewnie w lipcu, więc trzeba się rozglądać za sposobem wykorzystania tej "wiedzy" jaką nabyłem na UE. Czasami zastanawiam się czy lepiej by było gdyby pracował już w czasie studiów. Znajduję argumenty za i przeciw. Nie wiem, których jest więcej ale na pewno nie będę żałował że wiodłem prawdziwie studenckie życie. W sumie to w przeciągu kilku następnych miesięcy okaże się czy dobrze zrobiłem;)
Póki co jestem na etapie zmiany mieszkania. Szczerze mówiąc całe życie mieszkałem z kimś w pokoju. Może dlatego do tej pory tak bardzo mi to nie przeszkadzało. Ale stary już jestem i trochę więcej prywatności by się przydało. Nie żebym narzekał na współlokatorów, bo tych mam ok, ale po prostu czas na zmiany :)
Zmienię też pewnie lokalizację. Zazwyczaj były to okolice Mogilskiego czyli ścisłe centrum. Teraz... kto wie. Uczelni już nie będzie. Zobaczymy gdzie będę pracował (chyba że do tego czasu wygram dużo pieniędzy w pokera).
Korzystając z okazji. Ogłoszenie.
Mam do oddanie 5 małych, ślicznych kociaków. Tak się złożyło, że któregoś pięknego dnia moja mama zauważyła w ogrodzie młode z matką. Nie wiemy jak się tutaj znalazły. Pewnie poszła plotka po okolicy, że lubimy koty i je karmimy :) W każdym razie jeśli macie ochotę i czujecie się odpowiedzialni do opieki nad którymś z nich piszcie do mnie :) Na dowód podaje linki do krótkich filmików (sorry za jakość nagrania).
KOTY 1
KOTY 2
PS. Gramy koncert we wtorek tylko kompletnie zapomniałem jak się knajpa nazywa :P Po tym koncercie robimy przerwę, a przy najmniej ja :]
niedziela, 15 lutego 2009
Bilobil
Czemu Bilobil?
Bo zapomniałem o czym miałem pisać :) Dosłownie przed momentem miałem w głowie temat kolejnego posta a teraz mam pustkę. Piszę co mi przyjdzie do głowy więc wybaczcie ewentualny chaos. Dodatkowo stan upojenia alkoholowego sprawia, że moje wypowiedzi mogę być niegramatyczne i nielogiczne, dlatego sorry. Może chociaż będzie śmiesznie. Kto wie :P
Jest godzina pierwsza w nocy. Siedzę sam i zastanawiam się co by tu spłodzić. Jak wcześniej pisałem przed momentem miałem super temat, a teraz nie mam nic. Będę więc pisał co przyjdzie mi do głowy.
Zauważyłem pewną zmianę w swoim zachowaniu. Mam nadzieję, że pozytywną. Staram się być odrobinę poważniejszy. Dotychczas odbierany byłem (tak mi się przy najmniej zdaję) jak 16-latek. Nic w tym złego, ale jednak całe życie nie można być dzieckiem. Przy najmniej nie tylko dzieckiem. Zawsze będę miał coś z 16-latka i jestem z tego dumny. Radość i beztroska licealisty jest dla mnie bezcenna. Wiem jednak, że życie wymaga ode mnie czegoś więcej. Nie mogę całe życie być Maciusiem :) Trzeba czegoś więcej....
Dzisiaj zdałem sobie sprawę, że pewien etap mojego życia minął. Wiedziałem o tym od pewnego czasu, ale po raz kolejny utwierdziłem się w swoim przekonaniu. Zaczynam się głębiej zastanawiać nad motywami mojego działania. Potrafię powiedzieć dlaczego podejmuje pewne decyzję. Powoli rozumiem siebie. Podkreślam jednak, że powoli. Trzeba czasu, żeby zrozumieć co nami kieruje. Z dnia na dzień nie jesteśmy w stanie pojąć tego co nas otacza. Ale fakt, że próbuję podnosi mnie na duchu:)
Wiem!!!
Przypomniałem sobie o czym miałem pisać :D
Jednak nie jest ze mną, aż tak źle :)
Biorąc prysznic zacząłem się zastanawiać co ludzie w moim wieku robią w wolnym czasie. Powiedzmy, że chodzi o tych, którzy już pracują. Pominę motywy, które kierowały nimi przy podjęciu decyzji o rozpoczęciu kariery zawodowej. Nie interesuje mnie to. Nie chce się w to zagłębiać. Ale zastanawiam się co takie osoby robią i będą robić w wolnym czasie.
Na początku napiszę, że jestem osobą niepracującą (jeszcze) i cieszę się z obecnego stanu rzeczy. Intryguje mnie jednak jak radzą sobie osoby "czynne zawodowo". Jak wygląda ich życie prywatne. Czy mają czas na realizowanie swoich pasji? Czy takie pasie w ogóle posiadają ? Jeśli brak jest pasji to może chociaż hobby. Jeśli nie ma hobby to może zainteresowania ? Oby coś zostało...
Sam mam mnóstwo czasu na realizację swoich zainteresowań. Staram się go wykorzystać póki mogę. Nie dostałem oczywiście tego czasu w prezencie. Gdyby nie to, że uczelnia płaci mi za to, że się uczę i uprawiam sport, pewnie musiałbym poświęcić mój wolny czas na pracę zarobkową na czym ucierpiałyby moje pragnienia. Nic przecież nie ma za darmo. Skoro już mam ten czas to wykorzystuję go jak najlepiej. Ale co z ludźmi którzy tego czasu nie mają tyle co ja. Czy wykorzystują go "dobrze"? Czy robią to co lubią?
Nie jest tak, że nie wiem jak to jest wracać zmęczony po pracy. To nie tak, że jestem leniem. Jednak, zastanawiam się co młodzi ludzie robią po pracy. Czy jedyne na co ich stać to wyłożenie się przed telewizorem / komputerem i obejrzenie filmu / serialu ? Czy jedynym sposobem na spędzenie weekendu jest wycieczka krajoznawcza do centrum handlowego? Może popadam w skrajności, ale w gruncie rzeczy tak jest łatwiej pokazać mój punkt widzenia.
Co jeśli nasza praca zawodowa nie jest jednocześnie realizacją naszych marzeń, pragnień czy zainteresowań (w większości przypadków tak niestety jest)? Czy staramy się je realizować w życiu prywatnym. Bardzo prawdopodobne, że moja praca nie będzie mieć większego związku z moimi zainteresowaniami. Nigdy jednak nie pozwolę, aby stała się ważniejsza od tego czego ja chcę.
Mam jednak wrażenie, że młodzi ludzie (oczywiście nie wszyscy) w momencie gdy zaczynają zarabiać zapominają o tym co ważne. O tym co najważniejsze. O sobie. O swoich marzeniach. Rezygnują z nich na rzecz pracy. Rozumiem, że sytuacja może zmusić to harówki wymagającej wielu wyrzeczeń. Rozumiem, że są różne sytuacje. Nie chce generalizować. Piszę o tym co widzę na co dzień. Dlaczego brakuje nam sił na realizacje naszych pragnień? Dlaczego odpuszczamy? Przecież każdego z nas stać na coś więcej. Jest tyle wiedzy, którą można zdobyć. Tyle książek, które można przeczytać. Tyle miejsc do odwiedzenia. Tyle muzyki do wysłuchania. Tylu ludzi do poznania. Zamiast tego po powrocie do domu siadamy w fotelu i oglądamy "M jak Miłość" czy inny szmelc....Czy warto harować po to tylko żeby mieć lepszy samochód czy większy dom? Przecież można tak pięknie wykorzystać dany nam czas...
Nie zrozumcie mnie źle. Wiem, że nie wszyscy mogą sobie na to pozwolić. Wiem, że moje życie jest proste (póki co). Nie chce nikomu nic narzucać. Ale jeśli tylko czujecie, że w Waszym życiu czegoś brakuje, że nie czujecie się spełnieni, to odpuście te nadgodziny, zrezygnujcie z nowego kina domowego zamiast tego spełnijcie swoje marzenie, poświęćcie czas swojemu hobby, spędźcie więcej czasu z rodziną. Kończę z tymi mądrościami bo czuję, że przeginam. Nic nikomu nie narzucam. Róbta co chceta...........
Edit.
Jest już niedzielne przedpołudnie a ja postanowiłem przeczytać co napisałem. Pomimo tego, że kładąc się miałem helikopter w ogniu, a pisząc literki mi się myliły nie jest chyba tak źle ;) Nawet jeśli się powtarzałem :P to nie będę tego zmieniał. Niech będzie śmiesznie. Jednak pisanie pod wpływem alkoholu różnie się może skończyć dlatego w przyszłości będę się starał go unikać.
Bo zapomniałem o czym miałem pisać :) Dosłownie przed momentem miałem w głowie temat kolejnego posta a teraz mam pustkę. Piszę co mi przyjdzie do głowy więc wybaczcie ewentualny chaos. Dodatkowo stan upojenia alkoholowego sprawia, że moje wypowiedzi mogę być niegramatyczne i nielogiczne, dlatego sorry. Może chociaż będzie śmiesznie. Kto wie :P
Jest godzina pierwsza w nocy. Siedzę sam i zastanawiam się co by tu spłodzić. Jak wcześniej pisałem przed momentem miałem super temat, a teraz nie mam nic. Będę więc pisał co przyjdzie mi do głowy.
Zauważyłem pewną zmianę w swoim zachowaniu. Mam nadzieję, że pozytywną. Staram się być odrobinę poważniejszy. Dotychczas odbierany byłem (tak mi się przy najmniej zdaję) jak 16-latek. Nic w tym złego, ale jednak całe życie nie można być dzieckiem. Przy najmniej nie tylko dzieckiem. Zawsze będę miał coś z 16-latka i jestem z tego dumny. Radość i beztroska licealisty jest dla mnie bezcenna. Wiem jednak, że życie wymaga ode mnie czegoś więcej. Nie mogę całe życie być Maciusiem :) Trzeba czegoś więcej....
Dzisiaj zdałem sobie sprawę, że pewien etap mojego życia minął. Wiedziałem o tym od pewnego czasu, ale po raz kolejny utwierdziłem się w swoim przekonaniu. Zaczynam się głębiej zastanawiać nad motywami mojego działania. Potrafię powiedzieć dlaczego podejmuje pewne decyzję. Powoli rozumiem siebie. Podkreślam jednak, że powoli. Trzeba czasu, żeby zrozumieć co nami kieruje. Z dnia na dzień nie jesteśmy w stanie pojąć tego co nas otacza. Ale fakt, że próbuję podnosi mnie na duchu:)
Wiem!!!
Przypomniałem sobie o czym miałem pisać :D
Jednak nie jest ze mną, aż tak źle :)
Biorąc prysznic zacząłem się zastanawiać co ludzie w moim wieku robią w wolnym czasie. Powiedzmy, że chodzi o tych, którzy już pracują. Pominę motywy, które kierowały nimi przy podjęciu decyzji o rozpoczęciu kariery zawodowej. Nie interesuje mnie to. Nie chce się w to zagłębiać. Ale zastanawiam się co takie osoby robią i będą robić w wolnym czasie.
Na początku napiszę, że jestem osobą niepracującą (jeszcze) i cieszę się z obecnego stanu rzeczy. Intryguje mnie jednak jak radzą sobie osoby "czynne zawodowo". Jak wygląda ich życie prywatne. Czy mają czas na realizowanie swoich pasji? Czy takie pasie w ogóle posiadają ? Jeśli brak jest pasji to może chociaż hobby. Jeśli nie ma hobby to może zainteresowania ? Oby coś zostało...
Sam mam mnóstwo czasu na realizację swoich zainteresowań. Staram się go wykorzystać póki mogę. Nie dostałem oczywiście tego czasu w prezencie. Gdyby nie to, że uczelnia płaci mi za to, że się uczę i uprawiam sport, pewnie musiałbym poświęcić mój wolny czas na pracę zarobkową na czym ucierpiałyby moje pragnienia. Nic przecież nie ma za darmo. Skoro już mam ten czas to wykorzystuję go jak najlepiej. Ale co z ludźmi którzy tego czasu nie mają tyle co ja. Czy wykorzystują go "dobrze"? Czy robią to co lubią?
Nie jest tak, że nie wiem jak to jest wracać zmęczony po pracy. To nie tak, że jestem leniem. Jednak, zastanawiam się co młodzi ludzie robią po pracy. Czy jedyne na co ich stać to wyłożenie się przed telewizorem / komputerem i obejrzenie filmu / serialu ? Czy jedynym sposobem na spędzenie weekendu jest wycieczka krajoznawcza do centrum handlowego? Może popadam w skrajności, ale w gruncie rzeczy tak jest łatwiej pokazać mój punkt widzenia.
Co jeśli nasza praca zawodowa nie jest jednocześnie realizacją naszych marzeń, pragnień czy zainteresowań (w większości przypadków tak niestety jest)? Czy staramy się je realizować w życiu prywatnym. Bardzo prawdopodobne, że moja praca nie będzie mieć większego związku z moimi zainteresowaniami. Nigdy jednak nie pozwolę, aby stała się ważniejsza od tego czego ja chcę.
Mam jednak wrażenie, że młodzi ludzie (oczywiście nie wszyscy) w momencie gdy zaczynają zarabiać zapominają o tym co ważne. O tym co najważniejsze. O sobie. O swoich marzeniach. Rezygnują z nich na rzecz pracy. Rozumiem, że sytuacja może zmusić to harówki wymagającej wielu wyrzeczeń. Rozumiem, że są różne sytuacje. Nie chce generalizować. Piszę o tym co widzę na co dzień. Dlaczego brakuje nam sił na realizacje naszych pragnień? Dlaczego odpuszczamy? Przecież każdego z nas stać na coś więcej. Jest tyle wiedzy, którą można zdobyć. Tyle książek, które można przeczytać. Tyle miejsc do odwiedzenia. Tyle muzyki do wysłuchania. Tylu ludzi do poznania. Zamiast tego po powrocie do domu siadamy w fotelu i oglądamy "M jak Miłość" czy inny szmelc....Czy warto harować po to tylko żeby mieć lepszy samochód czy większy dom? Przecież można tak pięknie wykorzystać dany nam czas...
Nie zrozumcie mnie źle. Wiem, że nie wszyscy mogą sobie na to pozwolić. Wiem, że moje życie jest proste (póki co). Nie chce nikomu nic narzucać. Ale jeśli tylko czujecie, że w Waszym życiu czegoś brakuje, że nie czujecie się spełnieni, to odpuście te nadgodziny, zrezygnujcie z nowego kina domowego zamiast tego spełnijcie swoje marzenie, poświęćcie czas swojemu hobby, spędźcie więcej czasu z rodziną. Kończę z tymi mądrościami bo czuję, że przeginam. Nic nikomu nie narzucam. Róbta co chceta...........
Edit.
Jest już niedzielne przedpołudnie a ja postanowiłem przeczytać co napisałem. Pomimo tego, że kładąc się miałem helikopter w ogniu, a pisząc literki mi się myliły nie jest chyba tak źle ;) Nawet jeśli się powtarzałem :P to nie będę tego zmieniał. Niech będzie śmiesznie. Jednak pisanie pod wpływem alkoholu różnie się może skończyć dlatego w przyszłości będę się starał go unikać.
piątek, 13 lutego 2009
Everybody lies
Przeglądając Youtube (a robię to prawie codziennie, takie małe "dziecko youtube" ze mnie) natrafiłem na bardzo interesujące zjawisko. Kliknąłem na filmy wideo i wyświetliły się najczęściej oglądane klipy z ostatniego tygodnia, o ile się nie mylę. Zazwyczaj pojawiają się tam nowe teledyski jakiejś gwiazdki pop albo skróty meczów (wiecie, że obie formy "meczy" oraz "meczów" są poprawne ?:) ). Tym razem było coś zupełnie innego. Większość tych najczęściej oglądanych filmów dotyczyło przykrej sprawy egzekucji polskiego geologa. Zacząłem się więc zastanawiać. Czy rzeczywiście Polacy to naród z tak wysoko rozwiniętą empatią? Czy może szukamy w Internecie rozrywki, jaką serwowali swojemu ludowi cesarze rzymscy w Koloseum, bo niestety takie skojarzenie przychodzi mi do głowy.
Nie wierzę, że te setki tysięcy (sic!) wyświetleń są szczerym wyrazem współczucia rodzinie ofiary. W końcu można zobaczyć jak ktoś na prawdę ginie. Przecież to paranoja. Nie obejrzałem żadnej relacji z tego zdarzenia. Nie interesuje mnie przemoc i nie potrafię zrozumieć jak kogoś może interesować oglądanie czyjejś śmierci. Dla mnie to jest chore. Jednak ciekawi mnie inna sprawa.
Hipokryzja.
Ginie jedna osoba, fakt, że w tragicznych okolicznościach, ale nagle poruszone zostaje niebo i ziemia, żeby ukarać winnych i nie dopuścić to takiej sytuacji w przyszłości. W telewizji mówi się tylko o tym. Powstają filmy dokumentalne. Ja chyba jestem z innej planety ponieważ nie rozumiem tego zamieszania. Codziennie w Polsce ginie w tragicznych wypadkach mnóstwo osób. Ludzie umierają z głodu i zimna. Dlaczego o tym się nie mówi? Dlaczego robi się tak mało, żeby im pomóc? W gruncie rzeczy to proste. Łatwiej jest narobić medialnego szumu, publicznie okazać współczucie oraz złożyć tonę obietnic bez pokrycia tylko po to, żeby w sondażach zyskać kilka punktów. Nie ma się co oszukiwać. Jakby to powiedział dr Gregory House "Everybody lies"...
Co by było gdybyśmy nie kłamali? Czy świat funkcjonowałby tak sprawnie jak teraz? Nie. Moim skromnym zdaniem gdyby człowiek był niezdolny do kłamstwa, daleko by nie zaszedł. Każdy z nas kłamie. Niektórzy mniej, inni więcej. Najczęściej dlatego, że kłamstwo jest najprostszym wyjściem z trudnych sytuacji. Idziemy po linii najmniejszego oporu, bo po co się wysilać i spinać jak można się przez życie "ślizgnąć". Jednak najprostsze rozwiązanie nie zawsze jest najlepsze. Niestety (a może na szczęście) na dłuższą metę kłamstwo nie prowadzi do niczego dobrego. To jest jak z uzależnieniami. Jak już zaczniesz to ciężko jest przestać. Trzeba kłamać więcej i więcej. Wymyślać co raz większe ściemy. Wyjść z tego jest trudno, nawet bardzo trudno. Sam czasami kłamię, na ogół nie są to poważne przewinienia (chyba nie spalę się w piekle, jak powiem mamie, że jadłem pyszny obiad, a tak na prawdę to pochłonąłem kolejną puszkę pasztetu z ketchupem) ale kilka razy zdarzyło się porządnie kogoś oszukać. Nie jestem z tego dumny i nigdy nie będę. Staram się tego nie robić, sumienie mi nie pozwala. Niestety zdarza się też przegiąć w drugą stronę i powiedzieć coś zbyt szczerze. Co lepsze? Mam nadzieję, że odpowiedź jest dla Was oczywista...
Nie wierzę, że te setki tysięcy (sic!) wyświetleń są szczerym wyrazem współczucia rodzinie ofiary. W końcu można zobaczyć jak ktoś na prawdę ginie. Przecież to paranoja. Nie obejrzałem żadnej relacji z tego zdarzenia. Nie interesuje mnie przemoc i nie potrafię zrozumieć jak kogoś może interesować oglądanie czyjejś śmierci. Dla mnie to jest chore. Jednak ciekawi mnie inna sprawa.
Hipokryzja.
Ginie jedna osoba, fakt, że w tragicznych okolicznościach, ale nagle poruszone zostaje niebo i ziemia, żeby ukarać winnych i nie dopuścić to takiej sytuacji w przyszłości. W telewizji mówi się tylko o tym. Powstają filmy dokumentalne. Ja chyba jestem z innej planety ponieważ nie rozumiem tego zamieszania. Codziennie w Polsce ginie w tragicznych wypadkach mnóstwo osób. Ludzie umierają z głodu i zimna. Dlaczego o tym się nie mówi? Dlaczego robi się tak mało, żeby im pomóc? W gruncie rzeczy to proste. Łatwiej jest narobić medialnego szumu, publicznie okazać współczucie oraz złożyć tonę obietnic bez pokrycia tylko po to, żeby w sondażach zyskać kilka punktów. Nie ma się co oszukiwać. Jakby to powiedział dr Gregory House "Everybody lies"...
Co by było gdybyśmy nie kłamali? Czy świat funkcjonowałby tak sprawnie jak teraz? Nie. Moim skromnym zdaniem gdyby człowiek był niezdolny do kłamstwa, daleko by nie zaszedł. Każdy z nas kłamie. Niektórzy mniej, inni więcej. Najczęściej dlatego, że kłamstwo jest najprostszym wyjściem z trudnych sytuacji. Idziemy po linii najmniejszego oporu, bo po co się wysilać i spinać jak można się przez życie "ślizgnąć". Jednak najprostsze rozwiązanie nie zawsze jest najlepsze. Niestety (a może na szczęście) na dłuższą metę kłamstwo nie prowadzi do niczego dobrego. To jest jak z uzależnieniami. Jak już zaczniesz to ciężko jest przestać. Trzeba kłamać więcej i więcej. Wymyślać co raz większe ściemy. Wyjść z tego jest trudno, nawet bardzo trudno. Sam czasami kłamię, na ogół nie są to poważne przewinienia (chyba nie spalę się w piekle, jak powiem mamie, że jadłem pyszny obiad, a tak na prawdę to pochłonąłem kolejną puszkę pasztetu z ketchupem) ale kilka razy zdarzyło się porządnie kogoś oszukać. Nie jestem z tego dumny i nigdy nie będę. Staram się tego nie robić, sumienie mi nie pozwala. Niestety zdarza się też przegiąć w drugą stronę i powiedzieć coś zbyt szczerze. Co lepsze? Mam nadzieję, że odpowiedź jest dla Was oczywista...
niedziela, 1 lutego 2009
Luty
Luty.
Nowy miesiąc.
Nowe pomysły.
Nowe nadzieje.
Czas coś napisać.
Nowe pomysły.
Nowe nadzieje.
Czas coś napisać.
Dzisiaj był jeden z tych dni, kiedy nie ma się nawet czasu swobodnie pomyśleć. Lubię takie dni. Mam wrażenie, że nie tracę czasu, że wykorzystuję go w pełni. Cieszę się chwilą i tylko to się liczy. Potem jednak przychodzi moment, kiedy można na spokojnie przemyśleć wszystkie rozmowy, decyzje, spotkania i wydarzenia minionego dnia czy tygodnia. Nie zdawałem sobie jeszcze niedawno sprawy jak ważny jest właśnie ten czas. Wystarczy poświęcić dosłownie chwilę każdego dnia i zadać sobie kilka pytań. Po co zrobiłem to co zrobiłem? Dlaczego tak się zachowałem? Po co to mówiłem? O co mi chodzi? Niełatwo na te pytania odpowiedzieć bez wahania. Nie na początku. Trzeba poznać siebie. Zrozumieć czego chcemy i co nami kieruje. Bez tego nasze życie może być zlepkiem nieistotnych, chaotycznych, nieidealnych, małych i bezcelowych momentów nie tworzących żadnej logicznej całości. Głupio tak obudzić się po kilkudziesięciu latach i uświadomić sobie, że przecież ja nie wiem po co ja tu jestem, że nie zrobiłem nic by się dowiedzieć, że przespałem większość życia. Warto myśleć o tym co robimy i jakie mogą być tego skutki.
Odpowiedzialność.
Nie wiem czy jestem odpowiednią osobą do pisania na ten trudny temat. Ale trzeba kiedyś spróbować. Ostatnio staram się (niestety nie do końca to wychodzi) więcej myśleć o konsekwencjach moich (ale i nie tylko moich) wyborów. Najlepsze jest gdy podejmiemy jakąś, powiedzmy w danym momencie uznaną za jedyną słuszną i prawidłową, decyzje a już po chwili żałujemy, że nie można się cofnąć w czasie. I tutaj zaczynają się schody ponieważ „Powrót do przyszłości” to tylko film a Stewie z Family Guy nie zbuduje dla nas wehikułu czasu. Nawet „repleya” nie dały. Wszystko się komplikuje. Jakoś jednak trzeba sobie radzić. Skoro nie możemy się cofnąć to trzeba zajrzeć w przyszłość. Może warto chwilę dłużej pomyśleć, zanim się coś powie/nie powie albo zrobi/nie zrobi (niepotrzebne skreślić). Rozważyć co się może stać. Nie jesteś czegoś pewien, to morda na kłódkę i się zastanów. Czasu jest sporo. Myśl więc z kim się zadajesz, komu powierzasz swoje tajemnice, z kim sypiasz. Potem zadaj sobie moje ulubione pytanie : Czemu ? Chyba nie ma częściej zadawanego przeze mnie rodzaju pytań, niż te zaczynające się właśnie od czemu. Gdy i to już wiesz, to jeszcze pomyśl o innych. Każdemu z nas się wydaje, że jest przecież królem tego świata i wokół niego wszystko się kręci, proste. Ale nie zapomnijmy, by pamiętać (moje nowe powiedzonko), że każdy król ma „poddanych”, o których trzeba dbać i myśleć. Bez „poddanych” nie ma króla, a bez króla „poddanych”. To chyba tyle. Niby trochę tego jest, ale przecież nie mówię, żeby tak rozmyślać nad decyzją kupna odpowiedniego kija do szczotki czy programu telewizyjnego. Jakby to powiedział pewien ziom z Zielonej Góry: „jak ktoś nie zna słów to nie żrożumie”.Za jego radą - poznajmy te słowa.
środa, 7 stycznia 2009
Wielkie joł
Wracając wczoraj do domu, około 2 w nocy, przy siarczystym mrozie stwierdziłem, że muszę coś napisać. Cała koncepcja 'blogowania' jest dla mnie nowa, ale sądzę, że warto spróbować. Nie wiem co napiszę ale coś na pewno.
Najłatwiej chyba zacząć od pogody...a potem się zobaczy.
Najłatwiej chyba zacząć od pogody...a potem się zobaczy.
Już dawno nie było takich mrozów. Taki stan rzeczy mi nie odpowiadał bo jestem zdecydowanie ciepłolubny. O ile siedzę w domu ze szczelnymi oknami to mam to zazwyczaj gdzieś, ale ostatnio nie mam ochoty grzać, niestety co raz większego, tyłka w 'moim' ciasnym, położonym przy dwupasmowej ulicy zacisznym mieszkaniu. Na szczęście jest jeszcze parę miejsc, do których można się udać i być pewnym, że zdarzy się coś ciekawego. Każdy takie miejsce przecież ma. Ale nawet nie trzeba szukać "specjalnych miejscówek", wystarczy spotkać się i porozmawiać, ale nie o tym, że na polu (tak na POLU, nie na dworze bo ja z małopolski jestem) zimno, że egzaminy ciężkie, że politycy to oszuści itp itd. Porozmawiać o czymś poważniejszym. Nie, też nie o tym, że komuś nie staje albo o tym, że ja bym wolał z dwiema dziewczynami itp. (chociaż czasami te dyskusje też są swoją drogą ciekawe) Ludzie przecież chcą dzielić się swoimi przemyśleniami, rozterkami czy problemami, tylko trzeba ich do tego sprowokować. Czy rozmawianie o problemach to okazywanie słabości? Zdecydowanie nie. Powiem wręcz przeciwnie, że brak umiejętności rozmowy to niemoc. Nie ze wszystkim można poradzić sobie samemu.Warto podzielić się swoimi troskami z przyjaciółmi, rodziną czy znajomymi. Tylko problem jest w tym, że nie wszyscy chcą słuchać...
Inną kwestią jest to, że nie potrafimy rozmawiać. Często zdarza się, że nikt nas tego po prostu nie nauczył. Bo przecież skoro potrafimy mówić, to potrafimy też rozmawiać. Taaaa, jaaaaaasne. Sam jestem tego przykładem (może nie tak wyrazistym ale zawsze jakimś), chociaż staram się zmienić, idzie mi to jednak powoli. Ale i tak często są problemy z powiedzeniem tego, co się naprawdę myśli i czuje. Spędzasz długie godziny na rozmyślaniach o tym co powiedzieć, jak dobrze wyrazić to czujesz, a gdy przychodzi do spotkania ledwo potrafisz się przedstawić. Nie można zawsze liczyć na to, że nasze gesty i zachowanie zostaną dobrze odebrane, to za mało. Słowa potrafią to znacznie ułatwić sprawę.Oczywiście odpowiednio dobrane słowa.
Jak już jestem przy mówieniu. Coś o 'mówionej muzyce'.
Inną kwestią jest to, że nie potrafimy rozmawiać. Często zdarza się, że nikt nas tego po prostu nie nauczył. Bo przecież skoro potrafimy mówić, to potrafimy też rozmawiać. Taaaa, jaaaaaasne. Sam jestem tego przykładem (może nie tak wyrazistym ale zawsze jakimś), chociaż staram się zmienić, idzie mi to jednak powoli. Ale i tak często są problemy z powiedzeniem tego, co się naprawdę myśli i czuje. Spędzasz długie godziny na rozmyślaniach o tym co powiedzieć, jak dobrze wyrazić to czujesz, a gdy przychodzi do spotkania ledwo potrafisz się przedstawić. Nie można zawsze liczyć na to, że nasze gesty i zachowanie zostaną dobrze odebrane, to za mało. Słowa potrafią to znacznie ułatwić sprawę.Oczywiście odpowiednio dobrane słowa.
Jak już jestem przy mówieniu. Coś o 'mówionej muzyce'.
Na 40 utworów, które ostatnio słyszałem, 31 było o seksie (jeszcze, żeby na jakimś przyzwoitym poziomie to pół biedy), 5 o miłości co i tak się do seksu sprowadzało, a reszta była o wszystkim czyli o niczym. Ja nie wartościuję. Po prostu mnie się to nie podoba i tyle. Może się mylę i tekst w muzyce nie jest tak ważny jak mi się wydaję. Kto wie.
Ostatnio czytałem w miesięczniku 'Film' wywiad z Marlonem Brando. Ten wybitny aktor stwierdził że nie ma już artystów, są biznesmeni, a ostatnim artystą był Mao Tse-Tung. Z tym tekstem o chińskim komuniście się nie zgadzam, ale coś jest w stwierdzeniu, że prawdziwych artystów już nie ma. Promuję się przecież obecnie (niestety nawet w publicznej telewizji) głupotę, bezsensowną wulgarność, prostytucję i cynizm.
Ostatnio symbolem pewnego rodzaju upadku stała się dla mnie Justyna Steczkowska. Kiedyś oryginalna, wyjątkowa i nieprzeciętna (jej album 'Dziewczyna Szamana' nadal jest u mnie w top10), a teraz wdaje się w infantylne potyczki słowne z osobami, które przecież muzycznie nawet jej do pięt nie dorastają, a co gorsza ten nowy wizerunek, chyba się jej podoba i najwyraźniej nie ma go zamiaru zmieniać. People change...
Wracając jednak do znaczenia słów w muzyce.
Mam wrażenie, że ich ważność systematycznie spada. Ważne żeby się rymowało, było sporo prostych, najlepiej jednosylabowych słów, które łatwo wpadają w ucho i nie zmuszają do myślenia, a teledyski niech najlepiej ociekają seksem i kasą bo przecież to się tylko w życiu liczy. Warto chyba chwilę pomyśleć co ten koleżka czy koleżanka przed chwilą śpiewali, może mieli jakiś bardziej szczytny cel niż sprzedanie X płyt a potem dobudowanie ekstra basenu. Momentami można się naprawdę ciekawych rzeczy dowiedzieć... Trzeba tylko chcieć
Ostatnio symbolem pewnego rodzaju upadku stała się dla mnie Justyna Steczkowska. Kiedyś oryginalna, wyjątkowa i nieprzeciętna (jej album 'Dziewczyna Szamana' nadal jest u mnie w top10), a teraz wdaje się w infantylne potyczki słowne z osobami, które przecież muzycznie nawet jej do pięt nie dorastają, a co gorsza ten nowy wizerunek, chyba się jej podoba i najwyraźniej nie ma go zamiaru zmieniać. People change...
Wracając jednak do znaczenia słów w muzyce.
Mam wrażenie, że ich ważność systematycznie spada. Ważne żeby się rymowało, było sporo prostych, najlepiej jednosylabowych słów, które łatwo wpadają w ucho i nie zmuszają do myślenia, a teledyski niech najlepiej ociekają seksem i kasą bo przecież to się tylko w życiu liczy. Warto chyba chwilę pomyśleć co ten koleżka czy koleżanka przed chwilą śpiewali, może mieli jakiś bardziej szczytny cel niż sprzedanie X płyt a potem dobudowanie ekstra basenu. Momentami można się naprawdę ciekawych rzeczy dowiedzieć... Trzeba tylko chcieć
Subskrybuj:
Posty (Atom)
