Ten utwór pochodzi z filmu Pina. Słuchając go mam wrażenie, że jest to najpiękniejsze zaklęcie jakie do tej pory wypowiedziano. Nie wiem jak ono działa jednak jestem pewien, że ma ogromną moc...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzyka. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 31 stycznia 2012
niedziela, 27 listopada 2011
Grechuta wciąż żyje
W ubiegły weekend odbył się w Andrychowie 33 Ogólnopolski Przegląd Piosenki Turystycznej i Poetyckiej - Piostur Gorol Song. Trzydniowa impreza składała się z przesłuchań kandydatów oraz wieczornych koncertów uznanych już artystów. Jedynym dniem, w którym mogłem pojawić się na festiwalu był piątek i jak się okazało był to świetny wybór.
Na scenie wystąpiła formacja PLATEAU. Zaprezentowali oni swoją najnowszą (już czwartą) płytę z utworami Marka Grechuty w nowych aranżacjach. Nigdy wcześniej nie słyszałem o tym zespole, ale bardzo sobie cenię twórczość Grechuty, dlatego postanowiłem dać im szansę. Wykorzystali ją w 100%!
Koncert był niesamowicie energetyzujący, muzycy swoim pozytywnym nastawieniem zarazili całą widownię (co wcale nie było takie proste biorąc pod uwagę, że byłem jednym z młodszych widzów), a lider zespołu skutecznie zachęcał do wspólnego śpiewania. Na scenie pojawili się również goście, Marek Jackowski (swego czasu grał z Grechutą, a potem występował w zespole Manam) oraz Antonina Krzysztoń (dama polskiej poezji śpiewanej). Szczególnie spodobało mi się wykonanie piosenki "Korowód", która ma w sobie potężny potencjał i świetnie brzmiałaby wykonywana nawet przez Metallice. Rockowe aranżację przeplatały się z bardziej lirycznymi i melancholijnymi utworami, a bardzo dobre nagłośnienie sprawiało, że wrażenia estetyczne były na najwyższym poziomie. Były momenty, w których siedziałem jak zahipnotyzowany z otwartą gębą i budziłem się dopiero wtedy, gdy zespół kończył grać.
Na koniec mojej, wyjątkowo zwięzłej jak na mnie, wypowiedzi mogę jedynie dodać, iż warto poszerzać swoje muzyczne horyzonty udając się czasem na artystyczna randkę w ciemno.
PS. Zamieszczam link do strony zespołu PLATEAU. Okazuje się, że chłopaki grali również na Woodstocku.
Na scenie wystąpiła formacja PLATEAU. Zaprezentowali oni swoją najnowszą (już czwartą) płytę z utworami Marka Grechuty w nowych aranżacjach. Nigdy wcześniej nie słyszałem o tym zespole, ale bardzo sobie cenię twórczość Grechuty, dlatego postanowiłem dać im szansę. Wykorzystali ją w 100%!
Koncert był niesamowicie energetyzujący, muzycy swoim pozytywnym nastawieniem zarazili całą widownię (co wcale nie było takie proste biorąc pod uwagę, że byłem jednym z młodszych widzów), a lider zespołu skutecznie zachęcał do wspólnego śpiewania. Na scenie pojawili się również goście, Marek Jackowski (swego czasu grał z Grechutą, a potem występował w zespole Manam) oraz Antonina Krzysztoń (dama polskiej poezji śpiewanej). Szczególnie spodobało mi się wykonanie piosenki "Korowód", która ma w sobie potężny potencjał i świetnie brzmiałaby wykonywana nawet przez Metallice. Rockowe aranżację przeplatały się z bardziej lirycznymi i melancholijnymi utworami, a bardzo dobre nagłośnienie sprawiało, że wrażenia estetyczne były na najwyższym poziomie. Były momenty, w których siedziałem jak zahipnotyzowany z otwartą gębą i budziłem się dopiero wtedy, gdy zespół kończył grać.
Na koniec mojej, wyjątkowo zwięzłej jak na mnie, wypowiedzi mogę jedynie dodać, iż warto poszerzać swoje muzyczne horyzonty udając się czasem na artystyczna randkę w ciemno.
PS. Zamieszczam link do strony zespołu PLATEAU. Okazuje się, że chłopaki grali również na Woodstocku.
poniedziałek, 15 sierpnia 2011
Riffs from Hell - prolog
Oj Czemysławie, Czemysławie...
Jak zwykle zabierasz się za wszystko od dupy strony... no może nie za wszystko, ale za większość.Ruszasz z jakąś serią najlepszych według ciebie riffów nawet nie tłumacząc co to jest ten "riff"!
Zapomniałeś, że są jeszcze na świecie tacy ludzie, którzy twierdzą, że jest coś lepszego od rock'a?? W swojej ignorancji pominąłeś tych nieoświeconych, tych nieuświadomionych.
Nie ma się jednak czego wstydzić! Sam Czemysław słuchał swego czasu rytmicznych dudnień ATB, a na jego czarnych spodniach dresowych dumnie widniały 4 białe paski. Tak było! Nawet nie próbuj się Czemku wypierać gdyż istnieją dowody świadczące przeciwko tobie. No i ci świadkowie... coś z nimi trzeba zrobić... ale to innym razem.
Wróćmy do teraźniejszości. Czemysław postanowił naprawić swój jakże karygodny błąd i wytłumaczyć w kilku zdaniach czy jest gitarowy riff.
Sprawa jest całkiem prosta. W każdej muzyce jest coś charakterystycznego, coś dzięki czemu utwory można łatwo rozróżnić, zapamiętać. O ile w rapie jest to beat to w rocku jest to riff. To taka część utworu, która najłatwiej wpada w ucho. Nie chodzi mi o to, że można ją łatwo zanucić (niech ktoś spróbuje zanucić Master of Puppets to stawiam piwo). Wokół riffu budowany jest zazwyczaj cały utwór. Riff często rozpoczyna kawałek i powraca wielokrotnie w trakcie jego trwania. Podobnie jak np. temat w jazzie.
Riff może przybrać różną postać od pojedynczej frazy, krótkiego motywu do części bardziej rozbudowanej solówki. Jest szkieletem większości rockowych utworów.
Na koniec test.
Z czym Wam się kojarzy "Smoke on the Water" Deep Purple albo "Iron Man" Black Sabbath?? (Jak nie znacie tych utworów to proszę się nie przyznawać i natychmiast odpalić YouTube'a!). Otóż to, kojarzy się z wiodącymi riffami!!!
Mam nadzieje, że Czemysław dobrze się spisał i rozwiał wszelkie krążące wątpliwości. Teraz pozostaje tylko liczyć na to, że wybierze rzeczywiście te najciekawsze riffy.
Bo w końcu zawsze musi być najlepszy...
Do zaś!!!
Jak zwykle zabierasz się za wszystko od dupy strony... no może nie za wszystko, ale za większość.Ruszasz z jakąś serią najlepszych według ciebie riffów nawet nie tłumacząc co to jest ten "riff"!
Zapomniałeś, że są jeszcze na świecie tacy ludzie, którzy twierdzą, że jest coś lepszego od rock'a?? W swojej ignorancji pominąłeś tych nieoświeconych, tych nieuświadomionych.
Nie ma się jednak czego wstydzić! Sam Czemysław słuchał swego czasu rytmicznych dudnień ATB, a na jego czarnych spodniach dresowych dumnie widniały 4 białe paski. Tak było! Nawet nie próbuj się Czemku wypierać gdyż istnieją dowody świadczące przeciwko tobie. No i ci świadkowie... coś z nimi trzeba zrobić... ale to innym razem.
Wróćmy do teraźniejszości. Czemysław postanowił naprawić swój jakże karygodny błąd i wytłumaczyć w kilku zdaniach czy jest gitarowy riff.
Sprawa jest całkiem prosta. W każdej muzyce jest coś charakterystycznego, coś dzięki czemu utwory można łatwo rozróżnić, zapamiętać. O ile w rapie jest to beat to w rocku jest to riff. To taka część utworu, która najłatwiej wpada w ucho. Nie chodzi mi o to, że można ją łatwo zanucić (niech ktoś spróbuje zanucić Master of Puppets to stawiam piwo). Wokół riffu budowany jest zazwyczaj cały utwór. Riff często rozpoczyna kawałek i powraca wielokrotnie w trakcie jego trwania. Podobnie jak np. temat w jazzie.
Riff może przybrać różną postać od pojedynczej frazy, krótkiego motywu do części bardziej rozbudowanej solówki. Jest szkieletem większości rockowych utworów.
Na koniec test.
Z czym Wam się kojarzy "Smoke on the Water" Deep Purple albo "Iron Man" Black Sabbath?? (Jak nie znacie tych utworów to proszę się nie przyznawać i natychmiast odpalić YouTube'a!). Otóż to, kojarzy się z wiodącymi riffami!!!
Mam nadzieje, że Czemysław dobrze się spisał i rozwiał wszelkie krążące wątpliwości. Teraz pozostaje tylko liczyć na to, że wybierze rzeczywiście te najciekawsze riffy.
Bo w końcu zawsze musi być najlepszy...
Do zaś!!!
środa, 13 lipca 2011
Riffs from Hell - część 2
Czas na kolejny Riff.
Tym razem będzie jeszcze mocniej.
Przed państwem Pantera.
Chyba żaden fan rockowych brzmień nie wyobraża sobie zestawienia, w którym zabrakłoby Pantery. A jeśli Pantera to im Dimebag Darell. Jego kreatywność i technika przez lata pozostaną wzorem dla młodych adeptów sztuki szarpania strun. Charakterystycznym elementem, z którego słynął Dimebag były piski. Piski, które zwykłego słuchacza mogą przyprawić o solidną migrenę. Jak on to robi? Ano tak:
Wróćmy jednak to samej Pantery. Gdybym chciał wymienić wszystkie utwory ze świetnymi riffami post miałbym chyba kilka stron. Trzeba coś wybrać...
Pójdę za głosem serca i wybiorę kawałek dzięki któremu poznałem Pantere. Po raz pierwszy usłyszałem go na liście przebojów VIVY 2 czyli lata temu. Pamiętam dokładnie ten teledysk i energię jaką niósł ze sobą. Mowa o "Revolution is my name". Riff, na którym chciałbym się skupić znajduje się zaraz na początku kawałka. Enjoy!!!
>
Swoj drogą na YT jest teledysk o lepszej jakości jednak nie można go umieścić :/
Oto link:
PANTERA - REVOLUTION IS MY NAME
PS. Dla bardziej wrażliwych czytelników - obiecuję, zamieścić w najbliższym czasie kilka bardziej znanych i lżejszych kawałków ;) Póki co edukujcie się :P
Tym razem będzie jeszcze mocniej.
Przed państwem Pantera.
Chyba żaden fan rockowych brzmień nie wyobraża sobie zestawienia, w którym zabrakłoby Pantery. A jeśli Pantera to im Dimebag Darell. Jego kreatywność i technika przez lata pozostaną wzorem dla młodych adeptów sztuki szarpania strun. Charakterystycznym elementem, z którego słynął Dimebag były piski. Piski, które zwykłego słuchacza mogą przyprawić o solidną migrenę. Jak on to robi? Ano tak:
Wróćmy jednak to samej Pantery. Gdybym chciał wymienić wszystkie utwory ze świetnymi riffami post miałbym chyba kilka stron. Trzeba coś wybrać...
Pójdę za głosem serca i wybiorę kawałek dzięki któremu poznałem Pantere. Po raz pierwszy usłyszałem go na liście przebojów VIVY 2 czyli lata temu. Pamiętam dokładnie ten teledysk i energię jaką niósł ze sobą. Mowa o "Revolution is my name". Riff, na którym chciałbym się skupić znajduje się zaraz na początku kawałka. Enjoy!!!
>
Swoj drogą na YT jest teledysk o lepszej jakości jednak nie można go umieścić :/
Oto link:
PANTERA - REVOLUTION IS MY NAME
PS. Dla bardziej wrażliwych czytelników - obiecuję, zamieścić w najbliższym czasie kilka bardziej znanych i lżejszych kawałków ;) Póki co edukujcie się :P
niedziela, 10 lipca 2011
Riffs from Hell - część 1
Ci którzy znają mój styl gry na gitarze wiedzą, że nigdy nie byłem typem lubującym się w skomplikowanych arpeggiach, sweepach czy efektownym tappingu. Zawsze rajcowały mnie solidne riffy. Takie, które niosą ze sobą więcej energii niż elektrownia w Fukushimie. Takie, które sprawiają, że mam motylki w brzuchu i wyobrażam sobie siebie grającego je przed wielotysięczną publicznością. Dlatego moim idolem nigdy nie będzie Kirk Hammet czy Joe Satriani. Ja zawsze podziwiać będę Hetfielda, Tremontiego czy Dimebaga (chociaż ten ostatni solówki grał nie z tej ziemi). Dlaczego? Bo tak!!! :P
Tym optymistycznym akcentem zaczynam serię postów w którym prezentować będę najciekawsze riffy muzyki rockowej (oczywiście moim skromnym zdaniem).
Kolejność nie gra roli, wszystkie kocham tak samo jednak zacznę od riffu który przez ostatnie miesiące dręczy mnie dniami i nocami. Głównie dlatego, że jest cholernie trudny do zagrania! A ja za punkt honoru postawiłem sobie nauczenie się całego kawałka. Słucham go codziennie, zazwyczaj wtedy gdy brakuje mi energii lub desperacko jej potrzebuje. To jeden z tych riffów, który sprawia, że moje serce bije szybciej...Nie przedłużam, przed Wami Alter Bridge - "One day Remains" Riff od 0:18 dla topornych ;)
Tym optymistycznym akcentem zaczynam serię postów w którym prezentować będę najciekawsze riffy muzyki rockowej (oczywiście moim skromnym zdaniem).
Kolejność nie gra roli, wszystkie kocham tak samo jednak zacznę od riffu który przez ostatnie miesiące dręczy mnie dniami i nocami. Głównie dlatego, że jest cholernie trudny do zagrania! A ja za punkt honoru postawiłem sobie nauczenie się całego kawałka. Słucham go codziennie, zazwyczaj wtedy gdy brakuje mi energii lub desperacko jej potrzebuje. To jeden z tych riffów, który sprawia, że moje serce bije szybciej...Nie przedłużam, przed Wami Alter Bridge - "One day Remains" Riff od 0:18 dla topornych ;)
niedziela, 3 lipca 2011
Nocny post
Jedne z najciekawszych postów jakie do tej pory napisałem zostały stworzone późną nocą. Podczas studiów mój tryb życia był inny od obecnego i często zdarzało mi się wracać do domu, siadać przed komputerem, i pisać, w środku nocy oczywiście. Mam wrażenie, że wszystkie te wpisy były bardzo szczere i sensowne. Zobaczymy jak pójdzie z tym...
Dzisiejszego popołudnia miałem okazję uczestniczyć w festiwalu kultury żydowskiej, który odbył się, jak co roku, na krakowskim Kazimierzu. Z niewyjaśnionych przyczyn lubię słuchać żydowskiej muzyki, choć do innych aspektów tejże kultury nie podchodzę już tak entuzjastycznie. Wieczór rozpoczął się od oglądania festiwalu... w Internecie! Oj śmiechu było co nie miara. Wyglądało to bardzo swojsko i amatorsko, jednak było niezwykle autentyczne (i te białe włosy przez wiatr rozrzucone, niczym łany zboża w sierpniową noc drżące...). Gdy już ruszyliśmy swoje zacne dupska na miasto okazało się, że jest łokropnie zimno jak na początek lata. No cóż, trzeba być twardym i zacisnąć zęby. Żadnego narzekania!
Spodziewałem się, że na ulicy Szerokiej będzie taki tłum, że mogą być problemy z zobaczeniem sceny. Na szczęście było inaczej, i bez większych problemów mogliśmy podejść bliżej. Jedną z gwiazd wieczoru był zespół Abraham Incorporated z Nowego Yorku. Dawno nie czułem takiej pozytywnej energii! Ludzie bawili się przy ogródkach, barach, płotach, bramach i na placach czyli dosłownie wszędzie. Nikt się nie krępuje, każdy robi to co lubi! Oby więcej takich zespołów. Dla zainteresowanych poniżej próbka umiejętności nowojorczyków.
Zaraz po zakończeniu tego koncertu, a przed rozpoczęciem kolejnego, tuż obok mnie zaczęła się organizować spora grupa młodych ludzi (wyglądali na wycieczkę z Izraela). Z uśmiechem na ustach chwycili się pod ramiona, uformowali szerokie koło i zaczęli tańczyć oraz wspólnie śpiewać. Było to niezwykle spontaniczne i bardzo prawdziwe, a ja po raz kolejny poczułem się jakbym miał 16 lat... Z minuty na minutę grupa rosła w siłę, a w momencie gdy rozpoczął się kolejny koncert zabawa zmieniła formę z zespołowej na bardziej indywidualną, co w dużym skrócie znaczy, że dzieciaki wpadły w szał i tańczyły jak poparzone. Po krótkiej chwili zmyliśmy się w celu sprawdzenia czy istnieje szansa dopchania się do zapiekanek u Endziora...
Nic ciekawego się potem nie zdarzyło, i takim sposobem piszę kolejnego posta...
Zastanawiam się czy warto rozbudować tę notkę o własne przemyślenia i takie tak pierdoły. Pomimo, że moje życie bardzo powoli zaczyna wracać na dobry tor (ociężale jak lokomotywa ale ważne, że do przodu) to wciąż jest sporo spraw niewyjaśnionych i trudnych. Daruję sobie (a raczej Wam) tym razem i postaram się napisać coś więcej w niedalekiej przyszłości. Niestety mój blog ma tę wadę, że jest publiczny i pewnych spraw nie mogę poruszyć w detalach więc jak zwykle będzie niejasno i ogólnikowo. Ale jak ktoś wie to zrozumie ;)
καληνύχτα :)
Dzisiejszego popołudnia miałem okazję uczestniczyć w festiwalu kultury żydowskiej, który odbył się, jak co roku, na krakowskim Kazimierzu. Z niewyjaśnionych przyczyn lubię słuchać żydowskiej muzyki, choć do innych aspektów tejże kultury nie podchodzę już tak entuzjastycznie. Wieczór rozpoczął się od oglądania festiwalu... w Internecie! Oj śmiechu było co nie miara. Wyglądało to bardzo swojsko i amatorsko, jednak było niezwykle autentyczne (i te białe włosy przez wiatr rozrzucone, niczym łany zboża w sierpniową noc drżące...). Gdy już ruszyliśmy swoje zacne dupska na miasto okazało się, że jest łokropnie zimno jak na początek lata. No cóż, trzeba być twardym i zacisnąć zęby. Żadnego narzekania!
Spodziewałem się, że na ulicy Szerokiej będzie taki tłum, że mogą być problemy z zobaczeniem sceny. Na szczęście było inaczej, i bez większych problemów mogliśmy podejść bliżej. Jedną z gwiazd wieczoru był zespół Abraham Incorporated z Nowego Yorku. Dawno nie czułem takiej pozytywnej energii! Ludzie bawili się przy ogródkach, barach, płotach, bramach i na placach czyli dosłownie wszędzie. Nikt się nie krępuje, każdy robi to co lubi! Oby więcej takich zespołów. Dla zainteresowanych poniżej próbka umiejętności nowojorczyków.
Zaraz po zakończeniu tego koncertu, a przed rozpoczęciem kolejnego, tuż obok mnie zaczęła się organizować spora grupa młodych ludzi (wyglądali na wycieczkę z Izraela). Z uśmiechem na ustach chwycili się pod ramiona, uformowali szerokie koło i zaczęli tańczyć oraz wspólnie śpiewać. Było to niezwykle spontaniczne i bardzo prawdziwe, a ja po raz kolejny poczułem się jakbym miał 16 lat... Z minuty na minutę grupa rosła w siłę, a w momencie gdy rozpoczął się kolejny koncert zabawa zmieniła formę z zespołowej na bardziej indywidualną, co w dużym skrócie znaczy, że dzieciaki wpadły w szał i tańczyły jak poparzone. Po krótkiej chwili zmyliśmy się w celu sprawdzenia czy istnieje szansa dopchania się do zapiekanek u Endziora...
Nic ciekawego się potem nie zdarzyło, i takim sposobem piszę kolejnego posta...
Zastanawiam się czy warto rozbudować tę notkę o własne przemyślenia i takie tak pierdoły. Pomimo, że moje życie bardzo powoli zaczyna wracać na dobry tor (ociężale jak lokomotywa ale ważne, że do przodu) to wciąż jest sporo spraw niewyjaśnionych i trudnych. Daruję sobie (a raczej Wam) tym razem i postaram się napisać coś więcej w niedalekiej przyszłości. Niestety mój blog ma tę wadę, że jest publiczny i pewnych spraw nie mogę poruszyć w detalach więc jak zwykle będzie niejasno i ogólnikowo. Ale jak ktoś wie to zrozumie ;)
καληνύχτα :)
piątek, 8 kwietnia 2011
sobota, 23 października 2010
Zauroczenie od drugiego przesłuchania
W końcu się zebrałem do napisania kilku zdań.
Nie wiem dlaczego nie zrobiłem tego wcześniej. W moim życiu nie działo się, aż tyle żebym nie miał czasu na napisanie prostego posta na blogu. Nie czułem potrzeby, koniec kropka.
Może to zabrzmi dziwnie ale zauroczyłem się podwójnie i o jednym z tych zauroczeń chciałbym napisać. Nie było to od pierwszego wejrzenia, czy raczej w tym przypadku przesłuchania. Kto by pomyślał, że to poczciwy Wiaro nas sobie przedstawił. Nie pamiętam dokładnie kiedy to było, na pewno parę miesięcy temu, nie wiem również dlaczego przeszedłem obok niego obojętnie. Niego? Tak, niego. A raczej obok nich. Mowa o czterech muzykach tworzących Dave Matthews Band.
Prawdziwa fascynacja przyszła z opóźnieniem, jednak gdy już wybuchła nic nie mogło jej zatrzymać. Niekwestionowanym leaderem zespołu jest jego założyciel Dave Matthews. 43-latek pochodzący z RPA odmienił moje spojrzenie na muzykę. Wszystko zaczęło się od utworu „Crush”...
Chciałbym Wam opisać co czuję gdy słucham właśnie „Crush” jednak jest to chyba niemożliwe, a nawet zbyt osobiste i zarazem intymne. Podobno nie ma ideałów, jeśli tak to właśnie odkryłem wyjątek. Muzyka, słowa, nastrój, kompozycja – w tym utworze wszystko jest niepowtarzalne. Swego czasu słuchałem go codziennie po kilka razy, teraz troszeczkę zwolniłem bo na horyzoncie pojawiły się inne, ciekawe kompozycje. Jednak „Crush” zawsze będzie wyjątkowy, w wersji oryginalnej czy też live z Tim’em Reynolds. Zastanawiam się jak tworzy się taką muzykę? Czy da się tego nauczyć? Czy też trzeba być geniuszem? Posiadać nieprzeciętny talent i w życiu swoje przeżyć?
Po „Crush” przyszedł czas na resztę płyty „Before These Crowded Streets”. Każdy utwór jest wyjątkowy. Nie ma dwóch podobnych. Nie dość , że Dave dysponuje świetnym głosem to na dodatek wychodzi poza schematy wokalne i co chwile zaskakuje. Najlepszym przykładem jest „Halloween”. Utwór niezwykle osobisty (napisany po tym jak jego dziewczyna po raz 3 odrzuciła jego oświadczyny) i przez to wyjątkowy. Na pewno nie wszystkim przypadnie do gustu jednak ja go uwielbiam. Czasami mam wrażenie, że Dave zaraz wyzionie ducha podczas tego utworu. Bardzo rzadko grał go na koncertach, nie opublikował do niego tekstu na oficjalnej płycie, gdyż nie chciał aby jego matka czytała te wszystkie słowa jakie kieruje pod adresem jego „dziewczyny”.
Nie chcę się rozpisywać na temat każdego utworu choć mógłbym. Przejdę więc do puenty (tak to się pisze?). Od mniej więcej trzech miesięcy słucham Dave’a codziennie, nadal mnie nie nudzi, a co więcej potrafi zaskoczyć. Na moim koncie jest już kilka osób skutecznie nim „zarażonych” . Nikogo nie chcę zmuszać ale zaufajcie mi – warto jak cholera.
Nie wiem dlaczego nie zrobiłem tego wcześniej. W moim życiu nie działo się, aż tyle żebym nie miał czasu na napisanie prostego posta na blogu. Nie czułem potrzeby, koniec kropka.
Może to zabrzmi dziwnie ale zauroczyłem się podwójnie i o jednym z tych zauroczeń chciałbym napisać. Nie było to od pierwszego wejrzenia, czy raczej w tym przypadku przesłuchania. Kto by pomyślał, że to poczciwy Wiaro nas sobie przedstawił. Nie pamiętam dokładnie kiedy to było, na pewno parę miesięcy temu, nie wiem również dlaczego przeszedłem obok niego obojętnie. Niego? Tak, niego. A raczej obok nich. Mowa o czterech muzykach tworzących Dave Matthews Band.
Prawdziwa fascynacja przyszła z opóźnieniem, jednak gdy już wybuchła nic nie mogło jej zatrzymać. Niekwestionowanym leaderem zespołu jest jego założyciel Dave Matthews. 43-latek pochodzący z RPA odmienił moje spojrzenie na muzykę. Wszystko zaczęło się od utworu „Crush”...
Chciałbym Wam opisać co czuję gdy słucham właśnie „Crush” jednak jest to chyba niemożliwe, a nawet zbyt osobiste i zarazem intymne. Podobno nie ma ideałów, jeśli tak to właśnie odkryłem wyjątek. Muzyka, słowa, nastrój, kompozycja – w tym utworze wszystko jest niepowtarzalne. Swego czasu słuchałem go codziennie po kilka razy, teraz troszeczkę zwolniłem bo na horyzoncie pojawiły się inne, ciekawe kompozycje. Jednak „Crush” zawsze będzie wyjątkowy, w wersji oryginalnej czy też live z Tim’em Reynolds. Zastanawiam się jak tworzy się taką muzykę? Czy da się tego nauczyć? Czy też trzeba być geniuszem? Posiadać nieprzeciętny talent i w życiu swoje przeżyć?
Po „Crush” przyszedł czas na resztę płyty „Before These Crowded Streets”. Każdy utwór jest wyjątkowy. Nie ma dwóch podobnych. Nie dość , że Dave dysponuje świetnym głosem to na dodatek wychodzi poza schematy wokalne i co chwile zaskakuje. Najlepszym przykładem jest „Halloween”. Utwór niezwykle osobisty (napisany po tym jak jego dziewczyna po raz 3 odrzuciła jego oświadczyny) i przez to wyjątkowy. Na pewno nie wszystkim przypadnie do gustu jednak ja go uwielbiam. Czasami mam wrażenie, że Dave zaraz wyzionie ducha podczas tego utworu. Bardzo rzadko grał go na koncertach, nie opublikował do niego tekstu na oficjalnej płycie, gdyż nie chciał aby jego matka czytała te wszystkie słowa jakie kieruje pod adresem jego „dziewczyny”.
Nie chcę się rozpisywać na temat każdego utworu choć mógłbym. Przejdę więc do puenty (tak to się pisze?). Od mniej więcej trzech miesięcy słucham Dave’a codziennie, nadal mnie nie nudzi, a co więcej potrafi zaskoczyć. Na moim koncie jest już kilka osób skutecznie nim „zarażonych” . Nikogo nie chcę zmuszać ale zaufajcie mi – warto jak cholera.
niedziela, 18 lipca 2010
Muzyka na żywo.
Kilka świetnych utworów w wersjach koncertowych (kolejność przypadkowa)
1.John Butler Trio - Ocean
2.Regina Spector - The Ghost of Corporate Future
3.Dave Matthews Band - Crush
4.Foo Fighters - Home
5.Queen - Who Wants to Live Forever
1.John Butler Trio - Ocean
2.Regina Spector - The Ghost of Corporate Future
3.Dave Matthews Band - Crush
4.Foo Fighters - Home
5.Queen - Who Wants to Live Forever
poniedziałek, 21 czerwca 2010
My Apocalypse
Poniżej zamieszczam kolejne nagranie tym razem już całego utworu. "My Apocalypse" Metallici jest wręcz nie do zagrania na koncercie, a wszystko przez diabelsko szybkie tempo. Jednak marzyć zawsze można, i ja właśnie marzę aby kiedyś wykonać ten utwór live...
PS. W prawym głośniku jest moja gitara. Trochę głośniej, żeby było słychać wszystkie błędy :)
My Apocalypse
PS. W prawym głośniku jest moja gitara. Trochę głośniej, żeby było słychać wszystkie błędy :)
My Apocalypse
piątek, 18 czerwca 2010
Hours of Wealth - solo
Poniższe solo pochodzi z utworu "Hours of Wealth" zespołu Opeth
Hours of Wealth
Nie jestem mistrzem solówek, nigdy nie byłem i pewnie nie będę. Ale zdecydowałem się na nagranie właśnie tej. Jest to dla mnie dość wyjątkowe solo.
Jak pewnie usłyszycie są drobne różnice w porównaniu do oryginału. Niektóre zamierzone inne nie, w każdym razie w wolnej chwili posłuchajcie.
Hours of Wealth
Nie jestem mistrzem solówek, nigdy nie byłem i pewnie nie będę. Ale zdecydowałem się na nagranie właśnie tej. Jest to dla mnie dość wyjątkowe solo.
Jak pewnie usłyszycie są drobne różnice w porównaniu do oryginału. Niektóre zamierzone inne nie, w każdym razie w wolnej chwili posłuchajcie.
wtorek, 15 czerwca 2010
Here`s one for the ladies
Szukajcie kolejnych w powiązanych :)
And now everybody! Put your hands together! Rape me!
And now everybody! Put your hands together! Rape me!
czwartek, 3 czerwca 2010
piątek, 28 maja 2010
Nie cierpię Angusa!
Wczoraj 27 Maja na warszawskim lotnisku Bemowo odbył się długo wyczekiwany koncert kapeli, której przedstawiać nie muszę chyba nikomu - AC/DC.
Bilety zakupiłem już na początku stycznia i z niecierpliwością odliczałem dni do koncertu. Wymagania postawiłem im wysokie. Miałem nadzieję, iż będzie to przeżycie, które pozostanie w mojej pamięci do końca życia. Jak się okazało, nie zawiodłem się.
Pogoda okazała się być łaskawa. Temperatura była idealna, a delikatna mżawka, która spadła, pomogła ostudzić gorące głowy, niektórych fanów napojów wyskokowych, którzy w sporej części i tak nie dotrwali do głównego koncertu. Rozplanowanie samego miejsca koncertu było bardzo ciekawe, za co brawa dla organizatorów. Kolejny plus za punktualność. Pomimo tego, iż nigdzie nie było napisane, o której poszczególne koncerty mają się rozpocząć, mam wrażenie że wszystko poszło zgodnie z planem. Niestety tutaj plusy organizacji koncertu się kończą...
Warszawa okazała się być jednym wielkim placem budowy, nad którym nikt nie panuje. Kosmiczne korki na każdej ulicy, brak dobrego oznakowania oraz podstawowych informacji dotyczących dojazdu na koncert zapiszę po stronie minusów. Jednak to wszystko nic w porównaniu do chaosu jaki panował po koncercie. Wszystko było fajnie, dopóki fani nie opuścili terenu lotniska. Z niewiadomych przyczyn postanowiono zawęzić drogę wyjściową, tak, że o mało co nie doszło do tragedii. Wystarczyło by jedno paniczne hasło, a wiele osób zostało by stratowanych. Policja kompletnie nie panowała nad sytuacją. Ba, ich nawet tam nie było. Gdzieniegdzie stał patrol bezczynnie przyglądający się całej sytuacji czekając, aż "to całe bydło" się rozejdzie. Nikt tym nie kierował i gdyby nie to, że przejechaliśmy po trawniku, wyjazd z Warszawy zająłby nam 2 godziny. Byłem na kilku wielkich koncertach i nigdzie nie spotkałem się z takim chaosem. W Chorzowie było 50 tysięcy ludzi, a korków nie było prawie żadnych. Wyjście ze stadionu było sprawne i bezkonfliktowe. Policja odpowiednio kierowała ruchem i wszyscy byli zadowoleni. Oj słoma z butów wystaje warszawiakom. W głowach się przewraca. Zastanawiałem się nad uczestnictwem w Sonisphere Festival (Metallica, Megadeth, Slayer i Antrax) ale po tym co wczoraj zobaczyłem stwierdziłem, że nie warto. Gdyby to był np. Chorzów nie wahałbym się ani minuty.
Wrócę jednak to samego koncertu. Około godziny 19.30 na scenie pojawiła się legenda polskiego bluesa/rock`a Dżem. Gdy dowiedziałem się, że to oni będą supportować AC/DC byłem zawiedziony. Według mnie nie pasują brzmieniem do Australijczyków. Szanuję ich i uwielbiam ich muzykę, jednak w mojej opinii na ich miejscu lepiej sprawdziłby się chociażby Piekarczyk z TSA. Koncert zagrali poprawny. Bez fajerwerków ale również będzie zbędnego zasmucania. Nie zabrakło Wiktorii oraz Wehikułu Czasu. Publiczność bawiła się dobrze, ale cały czas twierdzę, że to za mało. Jednym z momentów, który utkwił w mojej pamięci był utwór Wiktoria podczas, którego po raz pierwszy i ostatni w dniu koncertu, wyjrzało słońce. Niesamowity zbieg okoliczności...
Gdy swój występ zakończył Dżem rozpoczęło się gorączkowe wyczekiwanie na gwiazdę wieczoru. Zanim przejdę do sedna, parę słów o samej scenie. Nie podam jej wymiarów gdyż ich nie znam, ale była ogromna i posiadała niesamowicie długi tzw. "cat walk". Na samym szczycie znajdowały dwie wielkie dmuchane czerwone czapeczki z rogami z literą A na środku (zakładam, że od Angus). Cztery telebimy pozwalały na oglądanie koncertu z najdalszych zakątków lotniska. Po bokach rozstawionych było 6 dział armatnich. Ogólnie wystrój nawiązywał do nowej płyty "Black Ice", którą zespół stara się promować podczas swojej trasy.
Godzina 21 z minutami. Nagle wszystko gaśnie, a na telebimach widać animację komputerową, w której Angus Young z piekła rodem, prowadzi ku zagładzie rozpędzony pociąg parowy. Dwie roznegliżowane piękności kuszą go swoimi krągłościami (aż kipiało seksem) podstępnie próbując zatrzymać pociąg. Dochodzi do katastrofy, pociąg pojawia się na scenie a zespół rozpoczyna grać. Na płycie szaleństwo, żeby dojrzeć muzyków (co tam telebimy!) zaczynam skakać jak kangur i przestaje dopiero gdy kończy się kawałek. Czuję, że zaraz chwyci mnie skurcz ale w sumie co mi tam! Ale czad! Na pierwszy hit nie trzeba było długo czekać. "Back in Black" zagrali już jako 3 utwór. Znam słowa na pamięć, więc krzyczałem ile Bozia dała!
Potem pierwszy z popisów Angusa. Tym razem nie gitarowy, a bardziej striptizerski. Zrzucił swoją marynarkę, potem koszulę a na końcu ściągnął spodenki pokazując swoje bokserki z napisem "AC/DC" na tylku :)
Gdy na scenie pojawił się ogromny dzwon, było jasne jaki utwór zaraz usłyszymy. Brian stojąc na samym końcu wybiegu, nagle odwrócił się i na pełnym gazie, robiąc śmiesznie małe kroki, ruszył w stronę dzwonu by dać sygnał do gry "Hells Bells"! Niesamowita była również jakość dźwięku. Rozpoznawalna była każda nuta, nawet bas było słychać, a nie tylko czuć.
Bardzo możliwe, że mylę kolejność utworów ale musicie mi wybaczyć. Tak wiele się działo...
W pewnym momencie publiczność zaczęła skandować Thunderstruck. I co ??? I zagrali :D Jak na życzenie!!! Co się wtedy działo nie sposób opisać. Znów skakałem jak poparzony.
Kolejnym momentem, który wrył mi się w pamięć był utwór, którym na scenie pojawiła się ogromna dmuchana lalka w kształcie wulgarnie ubranej grubej kobiety z kosmicznymi piersiami. Zasiadła ona okrakiem na wcześniej wspomnianym pociągu i ruszała się w rytm muzyki. Niesamowite wrażenie, szczególnie że miała ona bez wątpienia 5 metrów wysokości.
Jednak prawdziwa ekstaza przyszła podczas solówki Angusa. Ten człowiek został opętany przez szatana. Co do tego nie mam żadnej możliwości. Jest zwariowanym wariatem, dla której wiek nie ma kompletnego znaczenia (55 lat). Szalał na wybiegu prezentując publiczności przeróżną gamę gitarowych zagrywek. Nie będę oceniał jakości tej solówki bo i tak nie będzie to obiektywna ocena, a poza tym kim ja jestem, żeby go oceniać :) Angus jest gwiazdą dlatego musi błyszczeć jak gwiazda. Pomogła mu w tym specjalnie przygotowana platforma, która wyniosła go na kilka metrów w górę sprawiając że każdy widział go bez problemu, bez użycia telebimów. W pewnym momencie rzucił się na plecy i zaczął kręcić się w koło wymachując swoimi krótkimi nóżkami, a w niebo wystrzelone zostały tony białego konfetti. Nie wiem jak to lepiej opisać, mam to przed oczami ale słów brakuje.
Pewnie się zastanawiacie dlaczego w takim razie nie cierpię Angusa. Ano dlatego, że sam chciałbym kiedyś znaleźć się na takiej platformie i zadowalać jednocześnie 60 tysięcy ludzi! Jak myślicie czy gdyby go zapytać co daje mu większą przyjemność: seks czy taki koncert wahał by się choć chwilę ? Patrząc na to co się działo wczoraj wydaję mi się, że są rzeczy przyjemniejsze od seksu ;)
Koncert zakończyły dwa bisowe hity - "Highway to Hell" oraz "For Those About to Rock (We salute You)". Na tym drugim raz po raz odpalane były wcześniej wspomniane armaty. Nie miałem siły już skakać więc grzecznie doczekałem do końca. Żałuję, jednak że Brian nie nawiązał większej łączności z publiczności. Nie pożegnał się tak jak należy. Ale chyba nie można mieć wszystkiego...
Nie chcę porównywać tego koncertu do jakiegokolwiek innego bo nie ma to sensu. Był wyjątkowy i bardzo możliwe, że ostatni w naszym kraju (chociaż nigdy nie wiadomo).
Dzięki wszystkim za zajebistą zabawę !!!
Bilety zakupiłem już na początku stycznia i z niecierpliwością odliczałem dni do koncertu. Wymagania postawiłem im wysokie. Miałem nadzieję, iż będzie to przeżycie, które pozostanie w mojej pamięci do końca życia. Jak się okazało, nie zawiodłem się.
Pogoda okazała się być łaskawa. Temperatura była idealna, a delikatna mżawka, która spadła, pomogła ostudzić gorące głowy, niektórych fanów napojów wyskokowych, którzy w sporej części i tak nie dotrwali do głównego koncertu. Rozplanowanie samego miejsca koncertu było bardzo ciekawe, za co brawa dla organizatorów. Kolejny plus za punktualność. Pomimo tego, iż nigdzie nie było napisane, o której poszczególne koncerty mają się rozpocząć, mam wrażenie że wszystko poszło zgodnie z planem. Niestety tutaj plusy organizacji koncertu się kończą...
Warszawa okazała się być jednym wielkim placem budowy, nad którym nikt nie panuje. Kosmiczne korki na każdej ulicy, brak dobrego oznakowania oraz podstawowych informacji dotyczących dojazdu na koncert zapiszę po stronie minusów. Jednak to wszystko nic w porównaniu do chaosu jaki panował po koncercie. Wszystko było fajnie, dopóki fani nie opuścili terenu lotniska. Z niewiadomych przyczyn postanowiono zawęzić drogę wyjściową, tak, że o mało co nie doszło do tragedii. Wystarczyło by jedno paniczne hasło, a wiele osób zostało by stratowanych. Policja kompletnie nie panowała nad sytuacją. Ba, ich nawet tam nie było. Gdzieniegdzie stał patrol bezczynnie przyglądający się całej sytuacji czekając, aż "to całe bydło" się rozejdzie. Nikt tym nie kierował i gdyby nie to, że przejechaliśmy po trawniku, wyjazd z Warszawy zająłby nam 2 godziny. Byłem na kilku wielkich koncertach i nigdzie nie spotkałem się z takim chaosem. W Chorzowie było 50 tysięcy ludzi, a korków nie było prawie żadnych. Wyjście ze stadionu było sprawne i bezkonfliktowe. Policja odpowiednio kierowała ruchem i wszyscy byli zadowoleni. Oj słoma z butów wystaje warszawiakom. W głowach się przewraca. Zastanawiałem się nad uczestnictwem w Sonisphere Festival (Metallica, Megadeth, Slayer i Antrax) ale po tym co wczoraj zobaczyłem stwierdziłem, że nie warto. Gdyby to był np. Chorzów nie wahałbym się ani minuty.
Wrócę jednak to samego koncertu. Około godziny 19.30 na scenie pojawiła się legenda polskiego bluesa/rock`a Dżem. Gdy dowiedziałem się, że to oni będą supportować AC/DC byłem zawiedziony. Według mnie nie pasują brzmieniem do Australijczyków. Szanuję ich i uwielbiam ich muzykę, jednak w mojej opinii na ich miejscu lepiej sprawdziłby się chociażby Piekarczyk z TSA. Koncert zagrali poprawny. Bez fajerwerków ale również będzie zbędnego zasmucania. Nie zabrakło Wiktorii oraz Wehikułu Czasu. Publiczność bawiła się dobrze, ale cały czas twierdzę, że to za mało. Jednym z momentów, który utkwił w mojej pamięci był utwór Wiktoria podczas, którego po raz pierwszy i ostatni w dniu koncertu, wyjrzało słońce. Niesamowity zbieg okoliczności...
Gdy swój występ zakończył Dżem rozpoczęło się gorączkowe wyczekiwanie na gwiazdę wieczoru. Zanim przejdę do sedna, parę słów o samej scenie. Nie podam jej wymiarów gdyż ich nie znam, ale była ogromna i posiadała niesamowicie długi tzw. "cat walk". Na samym szczycie znajdowały dwie wielkie dmuchane czerwone czapeczki z rogami z literą A na środku (zakładam, że od Angus). Cztery telebimy pozwalały na oglądanie koncertu z najdalszych zakątków lotniska. Po bokach rozstawionych było 6 dział armatnich. Ogólnie wystrój nawiązywał do nowej płyty "Black Ice", którą zespół stara się promować podczas swojej trasy.
Godzina 21 z minutami. Nagle wszystko gaśnie, a na telebimach widać animację komputerową, w której Angus Young z piekła rodem, prowadzi ku zagładzie rozpędzony pociąg parowy. Dwie roznegliżowane piękności kuszą go swoimi krągłościami (aż kipiało seksem) podstępnie próbując zatrzymać pociąg. Dochodzi do katastrofy, pociąg pojawia się na scenie a zespół rozpoczyna grać. Na płycie szaleństwo, żeby dojrzeć muzyków (co tam telebimy!) zaczynam skakać jak kangur i przestaje dopiero gdy kończy się kawałek. Czuję, że zaraz chwyci mnie skurcz ale w sumie co mi tam! Ale czad! Na pierwszy hit nie trzeba było długo czekać. "Back in Black" zagrali już jako 3 utwór. Znam słowa na pamięć, więc krzyczałem ile Bozia dała!
Potem pierwszy z popisów Angusa. Tym razem nie gitarowy, a bardziej striptizerski. Zrzucił swoją marynarkę, potem koszulę a na końcu ściągnął spodenki pokazując swoje bokserki z napisem "AC/DC" na tylku :)
Gdy na scenie pojawił się ogromny dzwon, było jasne jaki utwór zaraz usłyszymy. Brian stojąc na samym końcu wybiegu, nagle odwrócił się i na pełnym gazie, robiąc śmiesznie małe kroki, ruszył w stronę dzwonu by dać sygnał do gry "Hells Bells"! Niesamowita była również jakość dźwięku. Rozpoznawalna była każda nuta, nawet bas było słychać, a nie tylko czuć.
Bardzo możliwe, że mylę kolejność utworów ale musicie mi wybaczyć. Tak wiele się działo...
W pewnym momencie publiczność zaczęła skandować Thunderstruck. I co ??? I zagrali :D Jak na życzenie!!! Co się wtedy działo nie sposób opisać. Znów skakałem jak poparzony.
Kolejnym momentem, który wrył mi się w pamięć był utwór, którym na scenie pojawiła się ogromna dmuchana lalka w kształcie wulgarnie ubranej grubej kobiety z kosmicznymi piersiami. Zasiadła ona okrakiem na wcześniej wspomnianym pociągu i ruszała się w rytm muzyki. Niesamowite wrażenie, szczególnie że miała ona bez wątpienia 5 metrów wysokości.
Jednak prawdziwa ekstaza przyszła podczas solówki Angusa. Ten człowiek został opętany przez szatana. Co do tego nie mam żadnej możliwości. Jest zwariowanym wariatem, dla której wiek nie ma kompletnego znaczenia (55 lat). Szalał na wybiegu prezentując publiczności przeróżną gamę gitarowych zagrywek. Nie będę oceniał jakości tej solówki bo i tak nie będzie to obiektywna ocena, a poza tym kim ja jestem, żeby go oceniać :) Angus jest gwiazdą dlatego musi błyszczeć jak gwiazda. Pomogła mu w tym specjalnie przygotowana platforma, która wyniosła go na kilka metrów w górę sprawiając że każdy widział go bez problemu, bez użycia telebimów. W pewnym momencie rzucił się na plecy i zaczął kręcić się w koło wymachując swoimi krótkimi nóżkami, a w niebo wystrzelone zostały tony białego konfetti. Nie wiem jak to lepiej opisać, mam to przed oczami ale słów brakuje.
Pewnie się zastanawiacie dlaczego w takim razie nie cierpię Angusa. Ano dlatego, że sam chciałbym kiedyś znaleźć się na takiej platformie i zadowalać jednocześnie 60 tysięcy ludzi! Jak myślicie czy gdyby go zapytać co daje mu większą przyjemność: seks czy taki koncert wahał by się choć chwilę ? Patrząc na to co się działo wczoraj wydaję mi się, że są rzeczy przyjemniejsze od seksu ;)
Koncert zakończyły dwa bisowe hity - "Highway to Hell" oraz "For Those About to Rock (We salute You)". Na tym drugim raz po raz odpalane były wcześniej wspomniane armaty. Nie miałem siły już skakać więc grzecznie doczekałem do końca. Żałuję, jednak że Brian nie nawiązał większej łączności z publiczności. Nie pożegnał się tak jak należy. Ale chyba nie można mieć wszystkiego...
Nie chcę porównywać tego koncertu do jakiegokolwiek innego bo nie ma to sensu. Był wyjątkowy i bardzo możliwe, że ostatni w naszym kraju (chociaż nigdy nie wiadomo).
Dzięki wszystkim za zajebistą zabawę !!!
poniedziałek, 17 maja 2010
Make This Go On Forever
Snow Patrol: Make This Go On Forever
Please don't let this turn into something it's not
I can only give you everything I've got
I can't be as sorry as you think I should
But I still love you more than anyone else could
All that I keep thinking throughout this whole flight
Is it could take my whole damn life to make this right
This splintered mast I'm holding on won't save me long
Because I know fine well that what I did was wrong
The last girl and the last reason to make this last for as long as I could
First kiss and the first time that I felt connected to anything
The weight of water, the way you told me to look past everything I had ever learned
The final word in the final sentence you ever uttered to me was love
We have got through so much worse than this before
What's so different this time that you can't ignore
You say it is much more than just my last mistake
And we should spend some time apart for both our sakes
The last girl and the last reason to make this last for as long as I could
First kiss and the first time that I felt connected to anything
The weight of water, the way you told me to look past everything I had ever learned
The final word in the final sentence you ever uttered to me was love
The last girl and the last reason to make this last for as long as I could
First kiss and the first time that I felt connected to anything
The weight of water, the way you told me to look past everything I had ever learned
The final word in the final sentence you ever uttered to me was love
And I don't know where to look
My words just break and melt
Please just save me from this darkness [x2]
And I don't know where to look
My words just break and melt
Please just save me from this darkness [x2]
Please don't let this turn into something it's not
I can only give you everything I've got
I can't be as sorry as you think I should
But I still love you more than anyone else could
All that I keep thinking throughout this whole flight
Is it could take my whole damn life to make this right
This splintered mast I'm holding on won't save me long
Because I know fine well that what I did was wrong
The last girl and the last reason to make this last for as long as I could
First kiss and the first time that I felt connected to anything
The weight of water, the way you told me to look past everything I had ever learned
The final word in the final sentence you ever uttered to me was love
We have got through so much worse than this before
What's so different this time that you can't ignore
You say it is much more than just my last mistake
And we should spend some time apart for both our sakes
The last girl and the last reason to make this last for as long as I could
First kiss and the first time that I felt connected to anything
The weight of water, the way you told me to look past everything I had ever learned
The final word in the final sentence you ever uttered to me was love
The last girl and the last reason to make this last for as long as I could
First kiss and the first time that I felt connected to anything
The weight of water, the way you told me to look past everything I had ever learned
The final word in the final sentence you ever uttered to me was love
And I don't know where to look
My words just break and melt
Please just save me from this darkness [x2]
And I don't know where to look
My words just break and melt
Please just save me from this darkness [x2]
środa, 5 maja 2010
wtorek, 9 lutego 2010
wtorek, 20 października 2009
Techno chicken
Czego to ludzie nie wymyślą.
Nie wiem jak Wam ale mnie się podoba!
Kreatywność na bardzo nieprzeciętnym poziomie.
Nie wiem jak Wam ale mnie się podoba!
Kreatywność na bardzo nieprzeciętnym poziomie.
niedziela, 18 października 2009
Kącik muzyczny
Zazwyczaj nie będę kopiował znalezisk innych "blogów" ale tym razem tak zrobię w drodze wyjątku :P
Żeby nie było, że kopiuje tutaj coś co znalazłem samemu.
Dub FX - 'Rude Boy'
Żeby nie było, że kopiuje tutaj coś co znalazłem samemu.
Freestylers - Painkiller (Pendulum Remix)
piątek, 16 października 2009
God save the Queen.
Bynajmniej nie chodzi o królową brytyjską, której los szczerze mówiąc jest mi po prostu obojętny. Dla mnie słowo "Queen" oznacza tylko jedno - Freddie Mercury, Brian May, John Deacon i Roger Taylor. Nikogo tak nie cenię jak ich, a szczególnie Freddiego (Metallica to trochę inna sprawa, żeby nie było, że kogoś faworyzuję ). Moja fascynacja rockiem zaczęła się właśnie od Queen. Queen II, Sheer Heart Attack, A Kind of Magic, Innuendo oraz Made in Heaven to mój ulubiony zestaw płyt. Najlepsze jest to, że oni mieli słabej płyty! Na każdej był jakiś "hicior", mniejszy czy większy ale był. Ich koncerty przyciągały setki tysięcy widzów. Głos, urodzonego na ZANZIBARZE, Mercurego brzmiał na koncertach nawet lepiej niż na płycie. Pomimo tego, że to właśnie on był ikoną zespołu, bez pozostałej trójki nie zdziałałby tak wiele. Brian May jest jednym z nielicznych gitarzystów, który przez większość kariery gra na własnoręcznie skonstruowanym instrumencie Red Special a na dodatek jest doktorem astronomii.
Ale dlaczego piszę o Queen? Wszyscy, którzy mnie znają wiedzą przecież jakim szacunkiem ich darzę. Wiedzą też, że lubię rankingi ;) Wpisałem więc w google "100 best rock singers". Co znalazłem ? Ano coś takiego:
100 Greatest Male Rock Singers
Lista 200 rockowych (szerokie pojęcie) wokalistów. Ciekawe są natomiast kryteria:
"These vocalists are rated by their ability, in their
prime, for vocal Control, Power, Range, Articulation, Phrasing,
use of Dynamics, Uniqueness, plus Impact & Influence"
Jak w RPG-u ;P Karta postaci i jazda.
Ale z jednym muszę się zgodzić. Numerem jeden jest FREDDY! Kto twierdzi inaczej niechaj spłonie czeluściach piekielnych czy coś w tym stylu ;)
Dla leniwych najlepsza 25-tka tego rankingu:
1. Freddie Mercury (Queen, Solo)
2. Jackie Wilson
3. Jeff Buckley
4. Sam Cooke
5. Robert Plant (Led Zeppelin, Solo)
6. Ian Gillan (Deep Purple, Solo)
7. Steve Perry (Journey, Solo)
8. Roy Orbison
9. Chris Cornell (Soundgarden, Temple Of The Dog, Solo)
10. Clyde McPhatter (Drifters, Dominoes, Solo)
11. Elvis Presley
12. Geoff Tate (Queensryche)
13. Marvin Gaye
14. Mike Patton (Faith No More, Mr. Bungle)
15. Bruce Dickinson (Iron Maiden, Solo)
16. Stevie Wonder
17. Ronnie James Dio (Rainbow, Black Sabbath, Solo)
18. Al Green
19. Tim Buckley
20. Tony Williams (Platters)
21. Rob Halford (Judas Priest)
22. Smokey Robinson
23. Curtis Mayfield
24. Roger Daltrey (The Who, Solo)
25. Roy Hamilton
Rankingi mają to do siebie, że są subiektywne. O ile z numerem jeden wszyscy się zgadzamy ;) to już na pewno się nie zgodzę z tym, że Chris Cornell jest lepszy od Presleya. Ale to już urok rankingów. Ciekawe są też pozycje np. :
44. Carl Wilson (Beach Boys)
55. Axl Rose (Guns N Roses)
70. Maynard James Keenan (Tool, Perfect Circle) - zdecydowanie za nisko!
71. Jim Morrison (The Doors)
77. Philip Anselmo (Pantera)- nie mam pojęcia czy za wysoko czy za nisko ;)
82. Bono (U2) - wystarczy mu :P
99. John Lennon (The Beatles, Solo) - hmmmm.....
101. Steven Tyler (Aerosmith)
130. Brian Johnson (AC/DC) - że co ??? 130 ??? bez jaj....
140. Ozzy Osbourne (Black Sabbath)
144. Roger Waters (Pink Floyd)
151. James Hetfield (Metallica) - no co?:P ważne że w pierwszej 200-tce
178. Johnny Rzeznik (Goo Goo Dolls) - kto to jest ?:)
Jakbyście mieli jakieś ciekawe rankingi to chętnie przejrzę. Oczywiście, tylko takie w których Freddie jest na 1 miejscu.

Ale dlaczego piszę o Queen? Wszyscy, którzy mnie znają wiedzą przecież jakim szacunkiem ich darzę. Wiedzą też, że lubię rankingi ;) Wpisałem więc w google "100 best rock singers". Co znalazłem ? Ano coś takiego:
100 Greatest Male Rock Singers
Lista 200 rockowych (szerokie pojęcie) wokalistów. Ciekawe są natomiast kryteria:
"These vocalists are rated by their ability, in their
prime, for vocal Control, Power, Range, Articulation, Phrasing,
use of Dynamics, Uniqueness, plus Impact & Influence"
Jak w RPG-u ;P Karta postaci i jazda.
Ale z jednym muszę się zgodzić. Numerem jeden jest FREDDY! Kto twierdzi inaczej niechaj spłonie czeluściach piekielnych czy coś w tym stylu ;)
Dla leniwych najlepsza 25-tka tego rankingu:
1. Freddie Mercury (Queen, Solo)
2. Jackie Wilson
3. Jeff Buckley
4. Sam Cooke
5. Robert Plant (Led Zeppelin, Solo)
6. Ian Gillan (Deep Purple, Solo)
7. Steve Perry (Journey, Solo)
8. Roy Orbison
9. Chris Cornell (Soundgarden, Temple Of The Dog, Solo)
10. Clyde McPhatter (Drifters, Dominoes, Solo)
11. Elvis Presley
12. Geoff Tate (Queensryche)
13. Marvin Gaye
14. Mike Patton (Faith No More, Mr. Bungle)
15. Bruce Dickinson (Iron Maiden, Solo)
16. Stevie Wonder
17. Ronnie James Dio (Rainbow, Black Sabbath, Solo)
18. Al Green
19. Tim Buckley
20. Tony Williams (Platters)
21. Rob Halford (Judas Priest)
22. Smokey Robinson
23. Curtis Mayfield
24. Roger Daltrey (The Who, Solo)
25. Roy Hamilton
Rankingi mają to do siebie, że są subiektywne. O ile z numerem jeden wszyscy się zgadzamy ;) to już na pewno się nie zgodzę z tym, że Chris Cornell jest lepszy od Presleya. Ale to już urok rankingów. Ciekawe są też pozycje np. :
44. Carl Wilson (Beach Boys)
55. Axl Rose (Guns N Roses)
70. Maynard James Keenan (Tool, Perfect Circle) - zdecydowanie za nisko!
71. Jim Morrison (The Doors)
77. Philip Anselmo (Pantera)- nie mam pojęcia czy za wysoko czy za nisko ;)
82. Bono (U2) - wystarczy mu :P
99. John Lennon (The Beatles, Solo) - hmmmm.....
101. Steven Tyler (Aerosmith)
130. Brian Johnson (AC/DC) - że co ??? 130 ??? bez jaj....
140. Ozzy Osbourne (Black Sabbath)
144. Roger Waters (Pink Floyd)
151. James Hetfield (Metallica) - no co?:P ważne że w pierwszej 200-tce
178. Johnny Rzeznik (Goo Goo Dolls) - kto to jest ?:)
Jakbyście mieli jakieś ciekawe rankingi to chętnie przejrzę. Oczywiście, tylko takie w których Freddie jest na 1 miejscu.
LONG LIVE THE KING !!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
AC/DC Black Ice