W końcu się zebrałem do napisania kilku zdań.
Nie wiem dlaczego nie zrobiłem tego wcześniej. W moim życiu nie działo się, aż tyle żebym nie miał czasu na napisanie prostego posta na blogu. Nie czułem potrzeby, koniec kropka.
Może to zabrzmi dziwnie ale zauroczyłem się podwójnie i o jednym z tych zauroczeń chciałbym napisać. Nie było to od pierwszego wejrzenia, czy raczej w tym przypadku przesłuchania. Kto by pomyślał, że to poczciwy Wiaro nas sobie przedstawił. Nie pamiętam dokładnie kiedy to było, na pewno parę miesięcy temu, nie wiem również dlaczego przeszedłem obok niego obojętnie. Niego? Tak, niego. A raczej obok nich. Mowa o czterech muzykach tworzących Dave Matthews Band.
Prawdziwa fascynacja przyszła z opóźnieniem, jednak gdy już wybuchła nic nie mogło jej zatrzymać. Niekwestionowanym leaderem zespołu jest jego założyciel Dave Matthews. 43-latek pochodzący z RPA odmienił moje spojrzenie na muzykę. Wszystko zaczęło się od utworu „Crush”...
Chciałbym Wam opisać co czuję gdy słucham właśnie „Crush” jednak jest to chyba niemożliwe, a nawet zbyt osobiste i zarazem intymne. Podobno nie ma ideałów, jeśli tak to właśnie odkryłem wyjątek. Muzyka, słowa, nastrój, kompozycja – w tym utworze wszystko jest niepowtarzalne. Swego czasu słuchałem go codziennie po kilka razy, teraz troszeczkę zwolniłem bo na horyzoncie pojawiły się inne, ciekawe kompozycje. Jednak „Crush” zawsze będzie wyjątkowy, w wersji oryginalnej czy też live z Tim’em Reynolds. Zastanawiam się jak tworzy się taką muzykę? Czy da się tego nauczyć? Czy też trzeba być geniuszem? Posiadać nieprzeciętny talent i w życiu swoje przeżyć?
Po „Crush” przyszedł czas na resztę płyty „Before These Crowded Streets”. Każdy utwór jest wyjątkowy. Nie ma dwóch podobnych. Nie dość , że Dave dysponuje świetnym głosem to na dodatek wychodzi poza schematy wokalne i co chwile zaskakuje. Najlepszym przykładem jest „Halloween”. Utwór niezwykle osobisty (napisany po tym jak jego dziewczyna po raz 3 odrzuciła jego oświadczyny) i przez to wyjątkowy. Na pewno nie wszystkim przypadnie do gustu jednak ja go uwielbiam. Czasami mam wrażenie, że Dave zaraz wyzionie ducha podczas tego utworu. Bardzo rzadko grał go na koncertach, nie opublikował do niego tekstu na oficjalnej płycie, gdyż nie chciał aby jego matka czytała te wszystkie słowa jakie kieruje pod adresem jego „dziewczyny”.
Nie chcę się rozpisywać na temat każdego utworu choć mógłbym. Przejdę więc do puenty (tak to się pisze?). Od mniej więcej trzech miesięcy słucham Dave’a codziennie, nadal mnie nie nudzi, a co więcej potrafi zaskoczyć. Na moim koncie jest już kilka osób skutecznie nim „zarażonych” . Nikogo nie chcę zmuszać ale zaufajcie mi – warto jak cholera.
sobota, 23 października 2010
niedziela, 10 października 2010
10/10/10
Fajna data, no nie ?
PS. W tym tygodniu powrócę do pisania Bloga. Wiele się działo, na dodatek brak natchnienia.
I'll be back
PS. W tym tygodniu powrócę do pisania Bloga. Wiele się działo, na dodatek brak natchnienia.
I'll be back
wtorek, 31 sierpnia 2010
Kawa Inka
niedziela, 29 sierpnia 2010
Cryin` like a bitch
Każdy w życiu ma jakieś problemy. Mniejsze lub większe ale jednak. Również każdy z nas inaczej sobie z nimi radzi. Jedni wolą ignorować, drudzy eskalować, a inni stawiają im czoła. Zastanawiałem się ostatnio jak to jest, że to co dla kogoś jest przeszkodą nie do ominięcia, dla innych jest na przykład częścią życia, czymś zwyczajnym. Temat dość rozbudowany, ale pozwolę sobie zakończyć ten dziwny wstęp i przejść do rzeczy.
Chorobą cywilizacyjną (nie wiem, czy choroba jest tutaj dobrym określeniem) jest podobno depresja. Tempo życia, ciągła konieczność rywalizacji i życie w stresie sprawiają, że młodzi ludzie (starsi również) nie dają rady. Ale tak sobie głośno myślę, że to przecież ich (nasza) wina. To świadomy wybór, który podejmujemy często zapominając o jego konsekwencjach. Osobiście wolę żyć spokojnie i bezstresowo (aczkolwiek nie nudno!) niż uganiać się za awansami, premiami itp. Mam jednak wrażenie, że znów odchodzę od tego co miałem napisać pierwotnie (jakiś rozkojarzony jestem dzisiejszego dnia).
Masz co jeść? Masz gdzie spać? Masz z kim porozmawiać?
Jeśli tak, to najlepiej zacznij się z tego cieszyć już teraz, bo wielu nie ma nawet tego. Zamiast narzekać na to, że szef cie nie lubi, że politycy to banda imbecyli, że sąsiad ma szybszą kosiarkę, lepiej docenić to kogo i co się ma właśnie teraz, bo w przeciwnym razie zawsze znajdzie się jakiś problem. Zawsze znajdzie się coś do narzekania. Będąc w liceum tęsknisz za beztroską podstawówką, będąc na studiach tęsknisz za osiemnastkami (mówię o imprezach ;)), pracując tęsknisz za wolnym czasem studiach, będąc na emeryturze tęsknisz za pracą... Przecież tak nie można! W ten sposób nigdy nie docenimy tego co mamy. Pewnie, że chętnie bym wrócił na studia, spał do południa i leżał brzuchem do góry w wakacje. Ale cieszę się z mojej niezależności finansowej, z możliwości jakie przede mną stoją i z ludzi, którzy mnie otaczają. Wiem, że sam lubię sobie czasem ponarzekać, nawet na durne tematy, ale staram się ograniczać jak tylko potrafię :P
Cieszmy się z tego co mamy :)
The End.
Chorobą cywilizacyjną (nie wiem, czy choroba jest tutaj dobrym określeniem) jest podobno depresja. Tempo życia, ciągła konieczność rywalizacji i życie w stresie sprawiają, że młodzi ludzie (starsi również) nie dają rady. Ale tak sobie głośno myślę, że to przecież ich (nasza) wina. To świadomy wybór, który podejmujemy często zapominając o jego konsekwencjach. Osobiście wolę żyć spokojnie i bezstresowo (aczkolwiek nie nudno!) niż uganiać się za awansami, premiami itp. Mam jednak wrażenie, że znów odchodzę od tego co miałem napisać pierwotnie (jakiś rozkojarzony jestem dzisiejszego dnia).
Masz co jeść? Masz gdzie spać? Masz z kim porozmawiać?
Jeśli tak, to najlepiej zacznij się z tego cieszyć już teraz, bo wielu nie ma nawet tego. Zamiast narzekać na to, że szef cie nie lubi, że politycy to banda imbecyli, że sąsiad ma szybszą kosiarkę, lepiej docenić to kogo i co się ma właśnie teraz, bo w przeciwnym razie zawsze znajdzie się jakiś problem. Zawsze znajdzie się coś do narzekania. Będąc w liceum tęsknisz za beztroską podstawówką, będąc na studiach tęsknisz za osiemnastkami (mówię o imprezach ;)), pracując tęsknisz za wolnym czasem studiach, będąc na emeryturze tęsknisz za pracą... Przecież tak nie można! W ten sposób nigdy nie docenimy tego co mamy. Pewnie, że chętnie bym wrócił na studia, spał do południa i leżał brzuchem do góry w wakacje. Ale cieszę się z mojej niezależności finansowej, z możliwości jakie przede mną stoją i z ludzi, którzy mnie otaczają. Wiem, że sam lubię sobie czasem ponarzekać, nawet na durne tematy, ale staram się ograniczać jak tylko potrafię :P
Cieszmy się z tego co mamy :)
The End.
wtorek, 17 sierpnia 2010
Najgłupszy post świata
Na wstępie przepraszam Za brak polskich znakow, ale tekst pisalem w pracy.
Nie bylo mnie na blogu ponad miesiac.
Niestety nie dlatego, ze popijalem drinki z palemnka nad morzem Czerwonym i bynajmniej nie z powodu wycieczki do Nepalu. Najzwyczajniej nie czulem potrzeby.
Pierwotnie chcialem napisac o tym, jakim to jestem zajebistym egocentrykiem (prosze nie mylic z egoista bo tym jestem co najwyzej przecietnym) ale doszedlem do wniosku, ze tego typu rozprawka niczego pozytecznego nie wniesie. Pisanie o tzw. prawdach oczywistych zostawiam innym.
W takim razie co mi pozostaje? Uzalanie sie, ze mam zrypany kregoslup (swiezy news) i nogi do wymiany tez nie ma sensu bo juz pewnie kazdemu z osobna opowiedzialem o tym, z kompletnie zbednymi szczegolami. Tematow zwiazanych ze stosunkami damsko-meskimi nawet nie ruszam. To tak jakby Mariusz Jop uczyl jak skutecznie wybijac pilke z wlasnego pola karnego.
To moze jakas rozprawka filozoficzna o tym, po co zyjemy i czy jestesmy sami we wszechswiecie. Albo moze dlaczego kobiety chodza parami do toalety. Hmmm...To moze byc dobre...
Z meskiego punktu widzenia, wizyta w toalecie to sprawa prywatna. Zalecana jest bezwgledna cisza. Jedynym dopuszczalnym momentem rozmowy jest mycie rak. Jednak i tam lepiej sie streszczac, a konwersacje dokonczyc poza toaleta. Niewskazane jest rowniez witanie znajomego podczas gdy ten zalatwia swoje sprawy przy pisuarze. Tym bardziej poklepywanie po plecach, szturchanie czy zagladanie przez ramie.
Teraz jak to robia kobiety. Zazwyczaj wychodza w parach (z tego co zauwazylem, nalezy wychodzic w parzystych grupach). Nie wazne, ze tylko jednej „sie chce”. Drugiej nawet jesli nie musi „sie chciec”. Bo pewnie sie zachce po drodze, a nawet jesli nie to zaczeka i popilnuje. Wlasnie – pilnowanie. Moze kobiety boja sie zboczenca typu Quegmire, ktory przyklejony do sufitu bedzie je bezczelnie podgladal. Albo nie sa pewne czy znaja droge do lazienki. Jak nie jedna, to druga bedzie pamietac.
Zdaje sobie rowniez sprawe, ze potrzeby fizjologiczne sa drugorzedna sprawa w kobiecym wychodzeniu do toalety. Moim zdaniem wazniejsze sa dwie kwestie. Make-up oraz ploteczki. Bo w towarzystwie nie mozna w koncu wszystkiego na glos powiedziec (wiem, faceci tez plotkuja chociaz sie do tego nie przyznaja) ale jako plec piekna, kobiety musze dbac o swoj wyglad.
I tak o to dochodzimy do wniosku, ze kobiety wychodza do toalety w zupelnie innych celach niz mezczyzni.
Nie mam pojecia dlaczego napisalem powyzszego posta. Albo wiem – bo tak! Wiem rowniez, ze byl to najglupszy post jaki zdarzylo mi sie napisac na trzezwo.
W najblizszym czasie postaram sie wrzucic cos... normalnego.
Nie bylo mnie na blogu ponad miesiac.
Niestety nie dlatego, ze popijalem drinki z palemnka nad morzem Czerwonym i bynajmniej nie z powodu wycieczki do Nepalu. Najzwyczajniej nie czulem potrzeby.
Pierwotnie chcialem napisac o tym, jakim to jestem zajebistym egocentrykiem (prosze nie mylic z egoista bo tym jestem co najwyzej przecietnym) ale doszedlem do wniosku, ze tego typu rozprawka niczego pozytecznego nie wniesie. Pisanie o tzw. prawdach oczywistych zostawiam innym.
W takim razie co mi pozostaje? Uzalanie sie, ze mam zrypany kregoslup (swiezy news) i nogi do wymiany tez nie ma sensu bo juz pewnie kazdemu z osobna opowiedzialem o tym, z kompletnie zbednymi szczegolami. Tematow zwiazanych ze stosunkami damsko-meskimi nawet nie ruszam. To tak jakby Mariusz Jop uczyl jak skutecznie wybijac pilke z wlasnego pola karnego.
To moze jakas rozprawka filozoficzna o tym, po co zyjemy i czy jestesmy sami we wszechswiecie. Albo moze dlaczego kobiety chodza parami do toalety. Hmmm...To moze byc dobre...
Z meskiego punktu widzenia, wizyta w toalecie to sprawa prywatna. Zalecana jest bezwgledna cisza. Jedynym dopuszczalnym momentem rozmowy jest mycie rak. Jednak i tam lepiej sie streszczac, a konwersacje dokonczyc poza toaleta. Niewskazane jest rowniez witanie znajomego podczas gdy ten zalatwia swoje sprawy przy pisuarze. Tym bardziej poklepywanie po plecach, szturchanie czy zagladanie przez ramie.
Teraz jak to robia kobiety. Zazwyczaj wychodza w parach (z tego co zauwazylem, nalezy wychodzic w parzystych grupach). Nie wazne, ze tylko jednej „sie chce”. Drugiej nawet jesli nie musi „sie chciec”. Bo pewnie sie zachce po drodze, a nawet jesli nie to zaczeka i popilnuje. Wlasnie – pilnowanie. Moze kobiety boja sie zboczenca typu Quegmire, ktory przyklejony do sufitu bedzie je bezczelnie podgladal. Albo nie sa pewne czy znaja droge do lazienki. Jak nie jedna, to druga bedzie pamietac.
Zdaje sobie rowniez sprawe, ze potrzeby fizjologiczne sa drugorzedna sprawa w kobiecym wychodzeniu do toalety. Moim zdaniem wazniejsze sa dwie kwestie. Make-up oraz ploteczki. Bo w towarzystwie nie mozna w koncu wszystkiego na glos powiedziec (wiem, faceci tez plotkuja chociaz sie do tego nie przyznaja) ale jako plec piekna, kobiety musze dbac o swoj wyglad.
I tak o to dochodzimy do wniosku, ze kobiety wychodza do toalety w zupelnie innych celach niz mezczyzni.
Nie mam pojecia dlaczego napisalem powyzszego posta. Albo wiem – bo tak! Wiem rowniez, ze byl to najglupszy post jaki zdarzylo mi sie napisac na trzezwo.
W najblizszym czasie postaram sie wrzucic cos... normalnego.
niedziela, 18 lipca 2010
Muzyka na żywo.
Kilka świetnych utworów w wersjach koncertowych (kolejność przypadkowa)
1.John Butler Trio - Ocean
2.Regina Spector - The Ghost of Corporate Future
3.Dave Matthews Band - Crush
4.Foo Fighters - Home
5.Queen - Who Wants to Live Forever
1.John Butler Trio - Ocean
2.Regina Spector - The Ghost of Corporate Future
3.Dave Matthews Band - Crush
4.Foo Fighters - Home
5.Queen - Who Wants to Live Forever
środa, 14 lipca 2010
W zdrowym ciele zdrowy duch.
(Przepraszam za brak polskich znakow, pisze ten tekst w pracy gdzie nie posiadam polskiego offica)
Od zawsze czulem potrzebe sportowej rywalizacji. Niewazne na jakim poziomie, zeby bylo interesujaco - musialem z kims konkurowac. Rowniez malo wazne bylo to co uprawiam. Karate, pilka nozna, siatkowka, pilka reczna, biegi, tenis stolowy – bez znaczenia. Zazwyczaj ograniczalem sie do SKS`ow oraz reprezentowania szkoly w zawodach (zreszta nie bez sukcesow ;)). Wyjatkiem byly pilka nozna oraz siatkowka. „Milosc” do tej pierwszej wyrazilem w ponad polrocznym pobycie w lokalnym klubie (dzielnie strzeglem bramki – mam nawet jeszcze stroj, w ktorym gralem). Jednak na horyzoncie pojawila sie nowa fascynacja. Poczatkowe zauroczenie przemienilo sie w szczera i oddana milosc. Siatkowka towarzyszyla mi od podstawowki po studia. Po drodze byly mistrzostwa wojewodztwa, vice-mistrzostwa makroregionu na vicemistrzostwie Polski szkol Ekonomicznych konczac. Trenowalem zazwyczal 2 razy w tygodniu w klubie, na SKS`y rowniez staralem sie uczeszczac. Nie wspomne o spontanicznych spotkaniach z moja kochanka – pilka nozna. Jak widac bylo tego sporo. Zawsze traktowalem to jako zabawe i swietny sposob na spedzanie czasu. Jednak nigdy sie nie oszczedzalem, zawsze dawalem z siebie wszystko, szczegolnie na meczach. Nigdy nie cofalem reki/nogi. Grozniejsze urazy mnie omijaly (zlamana noga sie nie liczy, aha no i nos tez :P). Omijaly i chyba nadal omijaja (bo podobno od zapalenia rozciegna podeszwowego sie nie umiera). Jednym slowem bajka.
To w takim razie po co ja to pisze? Otoz sa rozne bajki. Pomimo tego, ze groznych urazow nie mialem, to nie pamietam jakiegos dluzszego okresu w moim zyciu sportowym, kiedy nic mnie nie bolalo. Moze poza podstawowka, ale to bylo tak dawno ze nawet nie pamietam, a i nie mialo mnie jeszcze co bolec. W sredniej szkole pamietam, ze niezwykle czesto narzekalem na bole kolan. Bole przychodzily i odchodzily. Jak sie ma 180cm wzrostu to zeby cokolwiek na siatce zdzialas trzeba wysoko skakac. Zaczalem sie powoli przyzwyczajac, ze zawsze cos boli. Gdy zdarzaly sie jakies przerwy w siatkowce wszystko wracalo do normy. Wiedzialem, ze sport zawodowy to nie jest droga, ktora chce obrac w zyciu, wiec nie bylo problemu. Poswiecenia byly warte radosci jakiej dostarczala mi ta gra. Na studiach nadal trenowalem. W AZS-ie dwa razy w tygodniu plus pilka nozna ze znajomymi raz za czas. Kolana przestaly mnie meczyc, ale bol przesniosl sie w dol, w kierunku stop. Ciezko powiedziec kiedy zaczalem odczuwac dyskomfort w chodzeniu, ale bez watpienia bylo to juz kilka lat temu. Tutaj troche dziwna sprawa, bo sportu troche mniej uprawialem, a bole byly nieznosne. W koncu po latach postanowilem isc do lekarza i okazalo sie, ze to nie przypadek. Cos w tej stopie siedzie i mnie „rozpala” ;)
Teraz do puenty. Bedzie krotko i brutalnie. Sport zawodowy niszczy zdrowie. Nigdy zawodowo go nie uprawialem, ale skoro takiego amatora jak ja, ciagle cos boli, to co musi czuc prawdziwy sportowiec. Zdaje sobie sprawe, ze wspolczesna medycyna jest na wysokim poziomie, a zawodnicy otrzymuja swietna opieke. Jednak kariere zazczywaj konczy sie przed ukonczeniem 40 lat. A co potem? Z jakimi problemami borykaja sie sportowcy? Tych, ktorzy zarobili sporo, stac na dobra opieke medyczna. Jednak co ze sredniakami? Ciekaw jestem jak wyglada ich zycie.
Zatem czy wyczerpanie organizmu, zlamane kosci, siniaki,otarcia, blizny, omdlenia, zwichniecia i skrecenia nie powinny odstarszyc od uprawiania sportu? Czy durnowate bieganie za pilka jest warte tych kontuzji?
OCZYWISCIE ZE TAK!!!
Chocby mnie kazda czesc ciala bolala to nigdy nie zrezygnuje ze sportu! Nigdy nie przestane robic czegos co sprawia, ze czuje sie soba! W sporcie nie chodzi o to, zeby strzelic gola, zdobyc punkt czy rzucic kosza. Chodzi o to zeby rywalizowac, czerpac z tego radosc i wspaniale spedzac czas. Emocje graja w sporcie pierwszorzedna role. To one przeciez sa odpowiedzialne za powstanie „sportu”. Dlatego poki na kazda mysl o tym, ze za chwile bede mial okazje zagrac w noge czy przyjac kilka zagrywek, moje serce zaczyna szybciej bic – bede uprawial sport. Chwilowa przerwa jest kompletnie bez znaczenia. I will be back!
Od zawsze czulem potrzebe sportowej rywalizacji. Niewazne na jakim poziomie, zeby bylo interesujaco - musialem z kims konkurowac. Rowniez malo wazne bylo to co uprawiam. Karate, pilka nozna, siatkowka, pilka reczna, biegi, tenis stolowy – bez znaczenia. Zazwyczaj ograniczalem sie do SKS`ow oraz reprezentowania szkoly w zawodach (zreszta nie bez sukcesow ;)). Wyjatkiem byly pilka nozna oraz siatkowka. „Milosc” do tej pierwszej wyrazilem w ponad polrocznym pobycie w lokalnym klubie (dzielnie strzeglem bramki – mam nawet jeszcze stroj, w ktorym gralem). Jednak na horyzoncie pojawila sie nowa fascynacja. Poczatkowe zauroczenie przemienilo sie w szczera i oddana milosc. Siatkowka towarzyszyla mi od podstawowki po studia. Po drodze byly mistrzostwa wojewodztwa, vice-mistrzostwa makroregionu na vicemistrzostwie Polski szkol Ekonomicznych konczac. Trenowalem zazwyczal 2 razy w tygodniu w klubie, na SKS`y rowniez staralem sie uczeszczac. Nie wspomne o spontanicznych spotkaniach z moja kochanka – pilka nozna. Jak widac bylo tego sporo. Zawsze traktowalem to jako zabawe i swietny sposob na spedzanie czasu. Jednak nigdy sie nie oszczedzalem, zawsze dawalem z siebie wszystko, szczegolnie na meczach. Nigdy nie cofalem reki/nogi. Grozniejsze urazy mnie omijaly (zlamana noga sie nie liczy, aha no i nos tez :P). Omijaly i chyba nadal omijaja (bo podobno od zapalenia rozciegna podeszwowego sie nie umiera). Jednym slowem bajka.
To w takim razie po co ja to pisze? Otoz sa rozne bajki. Pomimo tego, ze groznych urazow nie mialem, to nie pamietam jakiegos dluzszego okresu w moim zyciu sportowym, kiedy nic mnie nie bolalo. Moze poza podstawowka, ale to bylo tak dawno ze nawet nie pamietam, a i nie mialo mnie jeszcze co bolec. W sredniej szkole pamietam, ze niezwykle czesto narzekalem na bole kolan. Bole przychodzily i odchodzily. Jak sie ma 180cm wzrostu to zeby cokolwiek na siatce zdzialas trzeba wysoko skakac. Zaczalem sie powoli przyzwyczajac, ze zawsze cos boli. Gdy zdarzaly sie jakies przerwy w siatkowce wszystko wracalo do normy. Wiedzialem, ze sport zawodowy to nie jest droga, ktora chce obrac w zyciu, wiec nie bylo problemu. Poswiecenia byly warte radosci jakiej dostarczala mi ta gra. Na studiach nadal trenowalem. W AZS-ie dwa razy w tygodniu plus pilka nozna ze znajomymi raz za czas. Kolana przestaly mnie meczyc, ale bol przesniosl sie w dol, w kierunku stop. Ciezko powiedziec kiedy zaczalem odczuwac dyskomfort w chodzeniu, ale bez watpienia bylo to juz kilka lat temu. Tutaj troche dziwna sprawa, bo sportu troche mniej uprawialem, a bole byly nieznosne. W koncu po latach postanowilem isc do lekarza i okazalo sie, ze to nie przypadek. Cos w tej stopie siedzie i mnie „rozpala” ;)
Teraz do puenty. Bedzie krotko i brutalnie. Sport zawodowy niszczy zdrowie. Nigdy zawodowo go nie uprawialem, ale skoro takiego amatora jak ja, ciagle cos boli, to co musi czuc prawdziwy sportowiec. Zdaje sobie sprawe, ze wspolczesna medycyna jest na wysokim poziomie, a zawodnicy otrzymuja swietna opieke. Jednak kariere zazczywaj konczy sie przed ukonczeniem 40 lat. A co potem? Z jakimi problemami borykaja sie sportowcy? Tych, ktorzy zarobili sporo, stac na dobra opieke medyczna. Jednak co ze sredniakami? Ciekaw jestem jak wyglada ich zycie.
Zatem czy wyczerpanie organizmu, zlamane kosci, siniaki,otarcia, blizny, omdlenia, zwichniecia i skrecenia nie powinny odstarszyc od uprawiania sportu? Czy durnowate bieganie za pilka jest warte tych kontuzji?
OCZYWISCIE ZE TAK!!!
Chocby mnie kazda czesc ciala bolala to nigdy nie zrezygnuje ze sportu! Nigdy nie przestane robic czegos co sprawia, ze czuje sie soba! W sporcie nie chodzi o to, zeby strzelic gola, zdobyc punkt czy rzucic kosza. Chodzi o to zeby rywalizowac, czerpac z tego radosc i wspaniale spedzac czas. Emocje graja w sporcie pierwszorzedna role. To one przeciez sa odpowiedzialne za powstanie „sportu”. Dlatego poki na kazda mysl o tym, ze za chwile bede mial okazje zagrac w noge czy przyjac kilka zagrywek, moje serce zaczyna szybciej bic – bede uprawial sport. Chwilowa przerwa jest kompletnie bez znaczenia. I will be back!
Subskrybuj:
Posty (Atom)