Ten utwór pochodzi z filmu Pina. Słuchając go mam wrażenie, że jest to najpiękniejsze zaklęcie jakie do tej pory wypowiedziano. Nie wiem jak ono działa jednak jestem pewien, że ma ogromną moc...
wtorek, 31 stycznia 2012
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Wyznanie
Notka będzie krótka, aczkolwiek treściwa.
Mam przyjaciela.
Prawdziwego, nie z bajki (choć prawdę mówiąc czasami zachowuje się jakby regularnie odwiedzał wszystkie planety układu słonecznego).
Nie spodziewałem się, że nim będzie. Prędzej spodziewałbym się tego, że nasze drogi rozejdą się już po kilku miesiącach znajomości. W wielu kwestiach pasujemy do siebie jak pięść do oka (albo jak „świni kamizela” jak to się zwykło mawiać w moich rodzinnych stronach). Biorąc pod uwagę nasze dotychczasowe życie, ciężko jest znaleźć jakiś solidny punkt wspólny, na którym można by budować trwałą relację.
Może właśnie to różnice tak nas połączyły, trudno o jednoznaczną przyczynę.
Od pewnego czasu zastanawiałem się jak nazwać tą relację. W końcu dopuściłem możliwość przyjaźni, która dotychczas wydawała mi się czymś fikcyjnym, wręcz mitycznym. Mam jeszcze sporo do nauki jednak, podobnie jak w programie "12 kroków" dla osób uzależnionych, wykonałem pierwszy, najważniejszy krok. Przyznałem się :)
Z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że mam przyjaciela.
Zwariowanego przyjaciela :)
Mam przyjaciela.
Prawdziwego, nie z bajki (choć prawdę mówiąc czasami zachowuje się jakby regularnie odwiedzał wszystkie planety układu słonecznego).
Nie spodziewałem się, że nim będzie. Prędzej spodziewałbym się tego, że nasze drogi rozejdą się już po kilku miesiącach znajomości. W wielu kwestiach pasujemy do siebie jak pięść do oka (albo jak „świni kamizela” jak to się zwykło mawiać w moich rodzinnych stronach). Biorąc pod uwagę nasze dotychczasowe życie, ciężko jest znaleźć jakiś solidny punkt wspólny, na którym można by budować trwałą relację.
Może właśnie to różnice tak nas połączyły, trudno o jednoznaczną przyczynę.
Od pewnego czasu zastanawiałem się jak nazwać tą relację. W końcu dopuściłem możliwość przyjaźni, która dotychczas wydawała mi się czymś fikcyjnym, wręcz mitycznym. Mam jeszcze sporo do nauki jednak, podobnie jak w programie "12 kroków" dla osób uzależnionych, wykonałem pierwszy, najważniejszy krok. Przyznałem się :)
Z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że mam przyjaciela.
Zwariowanego przyjaciela :)
niedziela, 15 stycznia 2012
Lemon dress
Piątek 13. potrafi ciekawie wpłynąć na ludzką psychikę. Oto twór, który w większości został stworzony właśnie tego dnia:
Is there someone at my door?
Look around, just dusty floor
Lemon walls, no lemon dress
Dirty window, cigarettes
There’s a void that’s hard to fill
Like and addict, with no thrill
Falling gently on the ground
Making only weeping sound
All I need is an illusion
It’s never really more than that
There’s no point to seek conclusion
Grab a bottle and lay flat…
Is there someone at my door?
Look around, just dusty floor
Lemon walls, no lemon dress
Dirty window, cigarettes
There’s a void that’s hard to fill
Like and addict, with no thrill
Falling gently on the ground
Making only weeping sound
All I need is an illusion
It’s never really more than that
There’s no point to seek conclusion
Grab a bottle and lay flat…
czwartek, 5 stycznia 2012
środa, 4 stycznia 2012
niedziela, 27 listopada 2011
Grechuta wciąż żyje
W ubiegły weekend odbył się w Andrychowie 33 Ogólnopolski Przegląd Piosenki Turystycznej i Poetyckiej - Piostur Gorol Song. Trzydniowa impreza składała się z przesłuchań kandydatów oraz wieczornych koncertów uznanych już artystów. Jedynym dniem, w którym mogłem pojawić się na festiwalu był piątek i jak się okazało był to świetny wybór.
Na scenie wystąpiła formacja PLATEAU. Zaprezentowali oni swoją najnowszą (już czwartą) płytę z utworami Marka Grechuty w nowych aranżacjach. Nigdy wcześniej nie słyszałem o tym zespole, ale bardzo sobie cenię twórczość Grechuty, dlatego postanowiłem dać im szansę. Wykorzystali ją w 100%!
Koncert był niesamowicie energetyzujący, muzycy swoim pozytywnym nastawieniem zarazili całą widownię (co wcale nie było takie proste biorąc pod uwagę, że byłem jednym z młodszych widzów), a lider zespołu skutecznie zachęcał do wspólnego śpiewania. Na scenie pojawili się również goście, Marek Jackowski (swego czasu grał z Grechutą, a potem występował w zespole Manam) oraz Antonina Krzysztoń (dama polskiej poezji śpiewanej). Szczególnie spodobało mi się wykonanie piosenki "Korowód", która ma w sobie potężny potencjał i świetnie brzmiałaby wykonywana nawet przez Metallice. Rockowe aranżację przeplatały się z bardziej lirycznymi i melancholijnymi utworami, a bardzo dobre nagłośnienie sprawiało, że wrażenia estetyczne były na najwyższym poziomie. Były momenty, w których siedziałem jak zahipnotyzowany z otwartą gębą i budziłem się dopiero wtedy, gdy zespół kończył grać.
Na koniec mojej, wyjątkowo zwięzłej jak na mnie, wypowiedzi mogę jedynie dodać, iż warto poszerzać swoje muzyczne horyzonty udając się czasem na artystyczna randkę w ciemno.
PS. Zamieszczam link do strony zespołu PLATEAU. Okazuje się, że chłopaki grali również na Woodstocku.
Na scenie wystąpiła formacja PLATEAU. Zaprezentowali oni swoją najnowszą (już czwartą) płytę z utworami Marka Grechuty w nowych aranżacjach. Nigdy wcześniej nie słyszałem o tym zespole, ale bardzo sobie cenię twórczość Grechuty, dlatego postanowiłem dać im szansę. Wykorzystali ją w 100%!
Koncert był niesamowicie energetyzujący, muzycy swoim pozytywnym nastawieniem zarazili całą widownię (co wcale nie było takie proste biorąc pod uwagę, że byłem jednym z młodszych widzów), a lider zespołu skutecznie zachęcał do wspólnego śpiewania. Na scenie pojawili się również goście, Marek Jackowski (swego czasu grał z Grechutą, a potem występował w zespole Manam) oraz Antonina Krzysztoń (dama polskiej poezji śpiewanej). Szczególnie spodobało mi się wykonanie piosenki "Korowód", która ma w sobie potężny potencjał i świetnie brzmiałaby wykonywana nawet przez Metallice. Rockowe aranżację przeplatały się z bardziej lirycznymi i melancholijnymi utworami, a bardzo dobre nagłośnienie sprawiało, że wrażenia estetyczne były na najwyższym poziomie. Były momenty, w których siedziałem jak zahipnotyzowany z otwartą gębą i budziłem się dopiero wtedy, gdy zespół kończył grać.
Na koniec mojej, wyjątkowo zwięzłej jak na mnie, wypowiedzi mogę jedynie dodać, iż warto poszerzać swoje muzyczne horyzonty udając się czasem na artystyczna randkę w ciemno.
PS. Zamieszczam link do strony zespołu PLATEAU. Okazuje się, że chłopaki grali również na Woodstocku.
wtorek, 15 listopada 2011
Niczym Di Caprio
Miałem sen. Sen tak rzeczywisty, że długo nie mogłem dojść do siebie po przebudzeniu.
W drodze na pociąg, jak mantrę powtarzałem sobie poszczególne jego etapy, tak nie zapomnieć niczego istotnego i czym prędzej zapisać go w moim kajeciku.
Pisałem niedbale, stojąc w przejściu między wagonami, czując ciekawskie spojrzenia innych pasażerów. Jeszcze przed Zabierzowem udało mi się zanotować wszystko co istotne. Teraz wystarczy tylko wklepać to na bloga, dodać parę przecinków i gotowe. Kolejne wspomnienie utrwalone.
Zaczęło się bardzo niewinnie. Spałem w swoim obecnym pokoju. Ułożenie mebli było inne, podobne do tego sprzed rewolucji, którą wprowadziłem. Był piątek (nie wiem skąd to wiem, po prostu wiem). Obok łóżka stał niewysoki, podłużny stolik. Budzą mnie znajomi współlokatorów (co okazało się nie do końca snem...) i otwierają drzwi do mojego pokoju. Zamierzają gdzieś wyjść i czekają na mnie. Pamiętam też jakąś niewysoką blondynkę, która przypadła mi do gustu. Wstałem i wyszedłem, ot tak. Korytarz był tylko z pozoru podobny do rzeczywistego. Dużo dłuższy, kojarzył mi się z amerykańskimi filmami z lat 60.
Po wyjściu okazało się, że jest ciepło i pogodnie - jednym słowem lato. Wcześniej wspomniana blondi, wraz ze swoim chłopakiem (eh...), okazuje się być sprzedawczynią książek (coś w stylu budek obok dworca kolejowego) i rozkłada niby nigdy nic swój kramik na chodniku ciasnej, krakowskiej uliczki. Lekkie zdziwienie i ruszamy dalej.
Teraz będzie niewielki przeskok ponieważ nie pamiętam za bardzo jak dostałem się na.... biesiadę. Wyobraźcie sobie długie stoły, rozstawione na świeżym powietrzu, muzykę, mnóstwo jedzenia i picia. Wszyscy dobrze się bawili. Między stołami było też drzewo - po prostu drzewo (niewysoki dąb jeśli dobrze pamiętam). W pewnym momencie uświadamiam sobie, że to sen. Uczucie było niezwykle intensywne, miałem wrażenie, że jestem całkowicie świadomy swoich akcji. Skoro tak, to postanowiłem to wykorzystać i nie zwlekając ani minuty dłużej przetestowałem swój prawy prosty na najbliższym facecie siedzącym obok. Nie skończyło się na jednym ciosie, oj nie. Niektóre pudłowały, inne soczyście raniły moją ofiarę. Zaskoczyła mnie jego bezbronna postawa, siedział i czekał na kolejne uderzenia. Zupełnie odmienną postawę przyjęli obserwatorzy tego zdarzenia. Zaczęli krzyczeć, wręcz błagać, abym przestał jednak nikt nie odważył się zrobić nic więcej. Znudziła mnie ta zabawa więc postanowiłem "zmienić lokal".
Kolejne wspomnienia są rozmazane. Po raz kolejny pojawia się ta blondynka (podobna trochę do tej dziwnej panienki z utworu "My Ninja" Die Antwort) i pamiętam jakąś konwersację na temat małżeństwa. Były też drzwi, a za nimi klatka schodowa. W mojej głowie pojawia się myśl, iż powinienem się obudzić, że już najwyższy czas przerwać ten sen. Jednak przypadkowo wyłączam budzik tuż ustaloną godziną. Bez chwili zastanowienia nastawiam go ponownie. Po upływie chwili zaczynam się budzić...
Przypomina to bardziej transformację, pewnego rodzaju przeobrażenie czy też zmianę świata. Otwieram oczy i widzę własny pokój jednak po raz kolejny coś jest inaczej. Okno jest otwarte, a wiatr potrząsa firankami (których w rzeczywistości nie mam). Na zewnątrz ciemna, gwiaździsta, letnia noc. Jest bardzo, bardzo ciepło. Z okna rozciąga się bardzo kojący widok falujących drzew. Budynek, w którym się znajduję jest wysoki i przypomina blok czy też internat.
Po chwili uświadamiam sobie, że coś jest nie tak... Wychodzę z pokoju. W tym samym pokoju z łazienki wychodzi pewna blondynka. Mam wrażenie, że wiem kto to, jednak nazwiska ujawniać nie będę. Teraz już jestem pewien, że śnię ponownie. Wracam do pokoju, a mój wzrok przykuwa sporych rozmiarów dziura w ścianie. Nie aż tak duża, aby móc przez nią przejść, jednak wystarczająca, aby zobaczyć co dzieję się po drugiej stronie mojej ściany.
Szybkie spojrzenie i już wiem, że pokój pełen jest starszych ludzi. Odnoszę wrażenie, że należą oni to jakiejś dziwnej grupy cyrkowo-tanecznej czy też baletowo-burdelowej, ciężko powiedzieć. Zostałem jednak zauważony przez jedną z kobiet, najwyraźniej przywódczynie tej bandy, która świdrując wzrokiem moją twarz mówi z wyrzutem:
-Zobacz co zrobiłeś. Spójrz przez okno...
Czym prędzej wychylam się i patrzę w dół. Za pierwszym razem nie zauważyłem, iż zaraz obok budynku znajduję się coś na styl dziedzińca, placu wewnętrznego czy też więziennego spacerniaka. Był w całości pokryty ciemnobrązową ziemią, jednak to co zobaczyłem na nim mnie przeraziło. Patrzyłem na wijących się w agonii ludzi. Niektórzy krwawiący, inni z powykrzywianymi członkami. Byli też tacy, których opisu nie podejmuję się podjąć gdyż był zbyt abstrakcyjny i brutalny. Wiedziałem jednak jedno - wszyscy z jakiegoś powodu są tutaj przeze mnie.
Nic więcej nie udało mi się zapamiętać, lecz to co zostało w mojej głowie zapisałem w zeszycie bez zbędnej zwłoki.
Warto było, oj warto...
W drodze na pociąg, jak mantrę powtarzałem sobie poszczególne jego etapy, tak nie zapomnieć niczego istotnego i czym prędzej zapisać go w moim kajeciku.
Pisałem niedbale, stojąc w przejściu między wagonami, czując ciekawskie spojrzenia innych pasażerów. Jeszcze przed Zabierzowem udało mi się zanotować wszystko co istotne. Teraz wystarczy tylko wklepać to na bloga, dodać parę przecinków i gotowe. Kolejne wspomnienie utrwalone.
Zaczęło się bardzo niewinnie. Spałem w swoim obecnym pokoju. Ułożenie mebli było inne, podobne do tego sprzed rewolucji, którą wprowadziłem. Był piątek (nie wiem skąd to wiem, po prostu wiem). Obok łóżka stał niewysoki, podłużny stolik. Budzą mnie znajomi współlokatorów (co okazało się nie do końca snem...) i otwierają drzwi do mojego pokoju. Zamierzają gdzieś wyjść i czekają na mnie. Pamiętam też jakąś niewysoką blondynkę, która przypadła mi do gustu. Wstałem i wyszedłem, ot tak. Korytarz był tylko z pozoru podobny do rzeczywistego. Dużo dłuższy, kojarzył mi się z amerykańskimi filmami z lat 60.
Po wyjściu okazało się, że jest ciepło i pogodnie - jednym słowem lato. Wcześniej wspomniana blondi, wraz ze swoim chłopakiem (eh...), okazuje się być sprzedawczynią książek (coś w stylu budek obok dworca kolejowego) i rozkłada niby nigdy nic swój kramik na chodniku ciasnej, krakowskiej uliczki. Lekkie zdziwienie i ruszamy dalej.
Teraz będzie niewielki przeskok ponieważ nie pamiętam za bardzo jak dostałem się na.... biesiadę. Wyobraźcie sobie długie stoły, rozstawione na świeżym powietrzu, muzykę, mnóstwo jedzenia i picia. Wszyscy dobrze się bawili. Między stołami było też drzewo - po prostu drzewo (niewysoki dąb jeśli dobrze pamiętam). W pewnym momencie uświadamiam sobie, że to sen. Uczucie było niezwykle intensywne, miałem wrażenie, że jestem całkowicie świadomy swoich akcji. Skoro tak, to postanowiłem to wykorzystać i nie zwlekając ani minuty dłużej przetestowałem swój prawy prosty na najbliższym facecie siedzącym obok. Nie skończyło się na jednym ciosie, oj nie. Niektóre pudłowały, inne soczyście raniły moją ofiarę. Zaskoczyła mnie jego bezbronna postawa, siedział i czekał na kolejne uderzenia. Zupełnie odmienną postawę przyjęli obserwatorzy tego zdarzenia. Zaczęli krzyczeć, wręcz błagać, abym przestał jednak nikt nie odważył się zrobić nic więcej. Znudziła mnie ta zabawa więc postanowiłem "zmienić lokal".
Kolejne wspomnienia są rozmazane. Po raz kolejny pojawia się ta blondynka (podobna trochę do tej dziwnej panienki z utworu "My Ninja" Die Antwort) i pamiętam jakąś konwersację na temat małżeństwa. Były też drzwi, a za nimi klatka schodowa. W mojej głowie pojawia się myśl, iż powinienem się obudzić, że już najwyższy czas przerwać ten sen. Jednak przypadkowo wyłączam budzik tuż ustaloną godziną. Bez chwili zastanowienia nastawiam go ponownie. Po upływie chwili zaczynam się budzić...
Przypomina to bardziej transformację, pewnego rodzaju przeobrażenie czy też zmianę świata. Otwieram oczy i widzę własny pokój jednak po raz kolejny coś jest inaczej. Okno jest otwarte, a wiatr potrząsa firankami (których w rzeczywistości nie mam). Na zewnątrz ciemna, gwiaździsta, letnia noc. Jest bardzo, bardzo ciepło. Z okna rozciąga się bardzo kojący widok falujących drzew. Budynek, w którym się znajduję jest wysoki i przypomina blok czy też internat.
Po chwili uświadamiam sobie, że coś jest nie tak... Wychodzę z pokoju. W tym samym pokoju z łazienki wychodzi pewna blondynka. Mam wrażenie, że wiem kto to, jednak nazwiska ujawniać nie będę. Teraz już jestem pewien, że śnię ponownie. Wracam do pokoju, a mój wzrok przykuwa sporych rozmiarów dziura w ścianie. Nie aż tak duża, aby móc przez nią przejść, jednak wystarczająca, aby zobaczyć co dzieję się po drugiej stronie mojej ściany.
Szybkie spojrzenie i już wiem, że pokój pełen jest starszych ludzi. Odnoszę wrażenie, że należą oni to jakiejś dziwnej grupy cyrkowo-tanecznej czy też baletowo-burdelowej, ciężko powiedzieć. Zostałem jednak zauważony przez jedną z kobiet, najwyraźniej przywódczynie tej bandy, która świdrując wzrokiem moją twarz mówi z wyrzutem:
-Zobacz co zrobiłeś. Spójrz przez okno...
Czym prędzej wychylam się i patrzę w dół. Za pierwszym razem nie zauważyłem, iż zaraz obok budynku znajduję się coś na styl dziedzińca, placu wewnętrznego czy też więziennego spacerniaka. Był w całości pokryty ciemnobrązową ziemią, jednak to co zobaczyłem na nim mnie przeraziło. Patrzyłem na wijących się w agonii ludzi. Niektórzy krwawiący, inni z powykrzywianymi członkami. Byli też tacy, których opisu nie podejmuję się podjąć gdyż był zbyt abstrakcyjny i brutalny. Wiedziałem jednak jedno - wszyscy z jakiegoś powodu są tutaj przeze mnie.
Nic więcej nie udało mi się zapamiętać, lecz to co zostało w mojej głowie zapisałem w zeszycie bez zbędnej zwłoki.
Warto było, oj warto...
Subskrybuj:
Posty (Atom)