wtorek, 7 lutego 2012

Optymizm z pokryciem

Gdy za oknem zima na całego, ciężko się zmotywować. Biorąc pod uwagę, że w pracy demotywatory nie są zablokowane to depreche mam jak w banku ;)

Dlatego zdecydowałem się wprowadzić na bloga nutkę wiosennego optymizmu.
Oto lista oczywistych oczywistości, do której ja sam stosuję się może w 5 %...



Na koniec, deser:
(jak ktoś wie, to zrozumie... ;))



wtorek, 31 stycznia 2012

Czarowanie muzyką

Ten utwór pochodzi z filmu Pina. Słuchając go mam wrażenie, że jest to najpiękniejsze zaklęcie jakie do tej pory wypowiedziano. Nie wiem jak ono działa jednak jestem pewien, że ma ogromną moc...

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Wyznanie

Notka będzie krótka, aczkolwiek treściwa.

Mam przyjaciela.

Prawdziwego, nie z bajki (choć prawdę mówiąc czasami zachowuje się jakby regularnie odwiedzał wszystkie planety układu słonecznego).

Nie spodziewałem się, że nim będzie. Prędzej spodziewałbym się tego, że nasze drogi rozejdą się już po kilku miesiącach znajomości. W wielu kwestiach pasujemy do siebie jak pięść do oka (albo jak „świni kamizela” jak to się zwykło mawiać w moich rodzinnych stronach). Biorąc pod uwagę nasze dotychczasowe życie, ciężko jest znaleźć jakiś solidny punkt wspólny, na którym można by budować trwałą relację.
Może właśnie to różnice tak nas połączyły, trudno o jednoznaczną przyczynę.

Od pewnego czasu zastanawiałem się jak nazwać tą relację. W końcu dopuściłem możliwość przyjaźni, która dotychczas wydawała mi się czymś fikcyjnym, wręcz mitycznym. Mam jeszcze sporo do nauki jednak, podobnie jak w programie "12 kroków" dla osób uzależnionych, wykonałem pierwszy, najważniejszy krok. Przyznałem się :)


Z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że mam przyjaciela.

Zwariowanego przyjaciela :)

niedziela, 15 stycznia 2012

Lemon dress

Piątek 13. potrafi ciekawie wpłynąć na ludzką psychikę. Oto twór, który w większości został stworzony właśnie tego dnia:

Is there someone at my door?
Look around, just dusty floor
Lemon walls, no lemon dress
Dirty window, cigarettes

There’s a void that’s hard to fill
Like and addict, with no thrill
Falling gently on the ground
Making only weeping sound

All I need is an illusion
It’s never really more than that
There’s no point to seek conclusion
Grab a bottle and lay flat…

niedziela, 27 listopada 2011

Grechuta wciąż żyje

W ubiegły weekend odbył się w Andrychowie 33 Ogólnopolski Przegląd Piosenki Turystycznej i Poetyckiej - Piostur Gorol Song. Trzydniowa impreza składała się z przesłuchań kandydatów oraz wieczornych koncertów uznanych już artystów. Jedynym dniem, w którym mogłem pojawić się na festiwalu był piątek i jak się okazało był to świetny wybór.

Na scenie wystąpiła formacja PLATEAU. Zaprezentowali oni swoją najnowszą (już czwartą) płytę z utworami Marka Grechuty w nowych aranżacjach. Nigdy wcześniej nie słyszałem o tym zespole, ale bardzo sobie cenię twórczość Grechuty, dlatego postanowiłem dać im szansę. Wykorzystali ją w 100%!

Koncert był niesamowicie energetyzujący, muzycy swoim pozytywnym nastawieniem zarazili całą widownię (co wcale nie było takie proste biorąc pod uwagę, że byłem jednym z młodszych widzów), a lider zespołu skutecznie zachęcał do wspólnego śpiewania. Na scenie pojawili się również goście, Marek Jackowski (swego czasu grał z Grechutą, a potem występował w zespole Manam) oraz Antonina Krzysztoń (dama polskiej poezji śpiewanej). Szczególnie spodobało mi się wykonanie piosenki "Korowód", która ma w sobie potężny potencjał i świetnie brzmiałaby wykonywana nawet przez Metallice. Rockowe aranżację przeplatały się z bardziej lirycznymi i melancholijnymi utworami, a bardzo dobre nagłośnienie sprawiało, że wrażenia estetyczne były na najwyższym poziomie. Były momenty, w których siedziałem jak zahipnotyzowany z otwartą gębą i budziłem się dopiero wtedy, gdy zespół kończył grać.

Na koniec mojej, wyjątkowo zwięzłej jak na mnie, wypowiedzi mogę jedynie dodać, iż warto poszerzać swoje muzyczne horyzonty udając się czasem na artystyczna randkę w ciemno.

PS. Zamieszczam link do strony zespołu PLATEAU. Okazuje się, że chłopaki grali również na Woodstocku.

wtorek, 15 listopada 2011

Niczym Di Caprio

Miałem sen. Sen tak rzeczywisty, że długo nie mogłem dojść do siebie po przebudzeniu.
W drodze na pociąg, jak mantrę powtarzałem sobie poszczególne jego etapy, tak nie zapomnieć niczego istotnego i czym prędzej zapisać go w moim kajeciku.

Pisałem niedbale, stojąc w przejściu między wagonami, czując ciekawskie spojrzenia innych pasażerów. Jeszcze przed Zabierzowem udało mi się zanotować wszystko co istotne. Teraz wystarczy tylko wklepać to na bloga, dodać parę przecinków i gotowe. Kolejne wspomnienie utrwalone.

Zaczęło się bardzo niewinnie. Spałem w swoim obecnym pokoju. Ułożenie mebli było inne, podobne do tego sprzed rewolucji, którą wprowadziłem. Był piątek (nie wiem skąd to wiem, po prostu wiem). Obok łóżka stał niewysoki, podłużny stolik. Budzą mnie znajomi współlokatorów (co okazało się nie do końca snem...) i otwierają drzwi do mojego pokoju. Zamierzają gdzieś wyjść i czekają na mnie. Pamiętam też jakąś niewysoką blondynkę, która przypadła mi do gustu. Wstałem i wyszedłem, ot tak. Korytarz był tylko z pozoru podobny do rzeczywistego. Dużo dłuższy, kojarzył mi się z amerykańskimi filmami z lat 60.

Po wyjściu okazało się, że jest ciepło i pogodnie - jednym słowem lato. Wcześniej wspomniana blondi, wraz ze swoim chłopakiem (eh...), okazuje się być sprzedawczynią książek (coś w stylu budek obok dworca kolejowego) i rozkłada niby nigdy nic swój kramik na chodniku ciasnej, krakowskiej uliczki. Lekkie zdziwienie i ruszamy dalej.

Teraz będzie niewielki przeskok ponieważ nie pamiętam za bardzo jak dostałem się na.... biesiadę. Wyobraźcie sobie długie stoły, rozstawione na świeżym powietrzu, muzykę, mnóstwo jedzenia i picia. Wszyscy dobrze się bawili. Między stołami było też drzewo - po prostu drzewo (niewysoki dąb jeśli dobrze pamiętam). W pewnym momencie uświadamiam sobie, że to sen. Uczucie było niezwykle intensywne, miałem wrażenie, że jestem całkowicie świadomy swoich akcji. Skoro tak, to postanowiłem to wykorzystać i nie zwlekając ani minuty dłużej przetestowałem swój prawy prosty na najbliższym facecie siedzącym obok. Nie skończyło się na jednym ciosie, oj nie. Niektóre pudłowały, inne soczyście raniły moją ofiarę. Zaskoczyła mnie jego bezbronna postawa, siedział i czekał na kolejne uderzenia. Zupełnie odmienną postawę przyjęli obserwatorzy tego zdarzenia. Zaczęli krzyczeć, wręcz błagać, abym przestał jednak nikt nie odważył się zrobić nic więcej. Znudziła mnie ta zabawa więc postanowiłem "zmienić lokal".

Kolejne wspomnienia są rozmazane. Po raz kolejny pojawia się ta blondynka (podobna trochę do tej dziwnej panienki z utworu "My Ninja" Die Antwort) i pamiętam jakąś konwersację na temat małżeństwa. Były też drzwi, a za nimi klatka schodowa. W mojej głowie pojawia się myśl, iż powinienem się obudzić, że już najwyższy czas przerwać ten sen. Jednak przypadkowo wyłączam budzik tuż ustaloną godziną. Bez chwili zastanowienia nastawiam go ponownie. Po upływie chwili zaczynam się budzić...

Przypomina to bardziej transformację, pewnego rodzaju przeobrażenie czy też zmianę świata. Otwieram oczy i widzę własny pokój jednak po raz kolejny coś jest inaczej. Okno jest otwarte, a wiatr potrząsa firankami (których w rzeczywistości nie mam). Na zewnątrz ciemna, gwiaździsta, letnia noc. Jest bardzo, bardzo ciepło. Z okna rozciąga się bardzo kojący widok falujących drzew. Budynek, w którym się znajduję jest wysoki i przypomina blok czy też internat.

Po chwili uświadamiam sobie, że coś jest nie tak... Wychodzę z pokoju. W tym samym pokoju z łazienki wychodzi pewna blondynka. Mam wrażenie, że wiem kto to, jednak nazwiska ujawniać nie będę. Teraz już jestem pewien, że śnię ponownie. Wracam do pokoju, a mój wzrok przykuwa sporych rozmiarów dziura w ścianie. Nie aż tak duża, aby móc przez nią przejść, jednak wystarczająca, aby zobaczyć co dzieję się po drugiej stronie mojej ściany.

Szybkie spojrzenie i już wiem, że pokój pełen jest starszych ludzi. Odnoszę wrażenie, że należą oni to jakiejś dziwnej grupy cyrkowo-tanecznej czy też baletowo-burdelowej, ciężko powiedzieć. Zostałem jednak zauważony przez jedną z kobiet, najwyraźniej przywódczynie tej bandy, która świdrując wzrokiem moją twarz mówi z wyrzutem:
-Zobacz co zrobiłeś. Spójrz przez okno...

Czym prędzej wychylam się i patrzę w dół. Za pierwszym razem nie zauważyłem, iż zaraz obok budynku znajduję się coś na styl dziedzińca, placu wewnętrznego czy też więziennego spacerniaka. Był w całości pokryty ciemnobrązową ziemią, jednak to co zobaczyłem na nim mnie przeraziło. Patrzyłem na wijących się w agonii ludzi. Niektórzy krwawiący, inni z powykrzywianymi członkami. Byli też tacy, których opisu nie podejmuję się podjąć gdyż był zbyt abstrakcyjny i brutalny. Wiedziałem jednak jedno - wszyscy z jakiegoś powodu są tutaj przeze mnie.

Nic więcej nie udało mi się zapamiętać, lecz to co zostało w mojej głowie zapisałem w zeszycie bez zbędnej zwłoki.
Warto było, oj warto...

czwartek, 10 listopada 2011

Zagadka

Zdjęcie zrobiłem dzisiejszego popołudnia.
Ktoś ma pojęcie co to może być ? :)


niedziela, 6 listopada 2011

Perłowi


Perłowymi marzeniami widzą świat niewyczerpani
Balansując na krawędzi są nadęci jak słup rtęci
Życia ich tak pogmatwane niczym kłębki brudnych myśli
Śnią w południe, nic nie wiedząc, co naprawdę im się przyśni

My nie chcemy tej parodii, chcemy pełny spektakl dojrzeć
Żadnych złudzeń co do treści, formą niechaj będą pięści
Teraz tylko powierzchowność, tak by warstwa gruba była
Wyobrazić sobie trudno, o co walka się toczyła

wtorek, 1 listopada 2011

Szlachetne zdrowie...

To zdecydowanie nie jest szczęśliwy rok dla męskiej części zacnego rodu Wojewodziców.
Wszyscy jego przedstawiciele wylądowali na jakiś czas w szpitalu.
Powody były różne, jednak żaden nie był błahy. O ile wyrostek robaczkowy, którego miałem przyjemność się pozbyć, potrafi dokuczyć każdemu i jest przypadkiem dość pospolitym to wylew oraz pęknięcie kręgu jest czymś zdecydowanie mniej przyjemnym...

Nie ma się co oszukiwać, problemy zdrowotne dotykają prędzej czy później każdego. Z mniej poważnymi radzimy sobie sami (domowe sposoby wciąż są w moim przypadku na topie, przy przeziębieniu nigdy nie może zabraknąć herbatki z cytryną oraz imbirem, goździków czy też miodu), jednak w większości przypadków jesteśmy skazani na służbę zdrowia. O jej jakości nie zamierzam się tutaj rozwodzić. Lekarze są tylko ludźmi, a głównym winowajcą jest chory system oraz prawo stworzone przez niekompetentnych biurokratów (niezły populizm, co nie?). Dobrą ilustracją obecnego stanu polskich szpitali jest miejsce w jakim leżałem po operacji. Wadowicki szpital zafundował mi tak komfortowe łóżko, że ból pooperacyjny był niczym w porównaniu z bólem pleców od sprężyn wystających z mojego madejowego łoża...

Gdy zaczynają się kłopoty ze zdrowiem zmienia się również podejście do życia. Awersja do ryzyka rośnie, większą wagę przywiązujemy do analizy konsekwencji swoich działań. Tak się składa, że moje prawe kolano jest do wymiany (planowany termin operacji rekonstrukcji więzadeł to czerwiec 2013 ale uwaga - realnie ma być to koniec przyszłego roku... szaleństwo!) i dojście do "pełnej" sprawności zajmie mi miesiące. Zastanawiam się jednak co potem. Czy jest sens wracać do takich rozrywek jak piłka nożna czy siatkówka? Czy warto ponownie ryzykować szczególnie, że poziom już nie ten co kiedyś? A jeśli tak, to czy po powrocie na boisko nie będę cofał nogi przy każdym możliwym kontakcie?

Miałem już kiedyś złamaną nogę (do dzisiaj nie wiem który z kumpli mi to zrobił... żaden się nie przyznał, a zamieszanie było spore) i po powrocie na parkiet jeszcze przez pewien czas miałem psychiczne opory przed zrobieniem czegoś ryzykownego. Jestem przekonany, że nie jestem wyjątkiem i każdy ma podobne obawy związane z powrotem po kontuzji. Ciekawe jak radzą sobie z tym zawodowcy, którzy muszą wrócić jak najprędzej... Psychologia sportowa to może być coś naprawdę interesującego (przynajmniej dla mnie :P).

Obecnie staram się za bardzo o tym wszystkim nie myśleć bo wiem, że nie ma sensu i nic dobrego z tego nie wynika. Mam już plan i będę się go trzymał. Do operacji podejdę w pełni przygotowany z nogą godną olimpijskiego 0długodystansowca. Wrócę do zdrowia i jeszcze strzelę nie jednego gola (może nawet spróbuje na desce pojeździć)

Teraz zmykam porozciągać moje 26-letnie ciało i spalić kilkaset kalorii na Orbitreku (swoją drogą polecam ten przyrząd - świetna sprawa!). Nie ma to jak porządnie się spocić :)

PS. Juventus ograł Inter na ich terenie :D W przyszłym roku chcę i zobaczę mój ulubiony klub zobaczyć w Lidze Mistrzów. W końcu co to za elitarne rozgrywki bez Juve ? ;)

niedziela, 23 października 2011

Chill out...

Takiego luzu czasami mi brakuję!

niedziela, 9 października 2011

Przeczytałem dwie książki

Czyli pewnie dwa razy więcej niż przeciętny Polak czyta w ciągu roku. Zaskoczę Was - nie były to jedyne książki jakie pochłonąłem tego roku ;) Przejdę jednak do sedna sprawy i opowiem o swoich wrażeniach.

Pierwszą pozycją były "Listy starego diabła do młodego" C.S. Lewisa (Link), która jak podaje Wikipedia jest od 2007 roku lekturą w szkołach średnich. Książka, jak sugeruje tytuł, ma formę listów pisanych przed starszego diabła do swojego bratanka/siostrzeńca (chyba nie było sprecyzowane) - młodszego kusiciela. W listach tych poucza on niedoświadczonego adepta sztuki kuszenia jakich metod oraz sztuczek używać, aby przeciągnąć "pacjenta", czytaj człowieka, na stronę Szatana.

Dzieło to wywołało sporo kontrowersji, szczególnie wśród władz kościoła katolickiego, gdyż dotyczy dość delikatnych i drażliwych kwestii.
Szczerze mówiąc nie rozumiem tego całego poruszenia. Owszem, autor obnaża ułomności natury ludzkiej, pewne stereotypy związane z wiarą ale w żadnym momencie nie atakuje on kościoła czy też nie daję powodów do oburzenia. Koniec końców to "Nieprzyjaciel" triumfuje ;)

Książkę bez wątpienia należy czytać powoli, i dobrze zastanawiać się nad każdym paragrafem. W przeciwnym razie czas spędzony na jej czytaniu będzie czasem straconym. Nie jestem filozofem, i chyba nie muszę, aby być w stanie docenić walory tej pozycji. Książka daje do myślenia, a to chyba najlepszy wyznacznik jej wartości :)



Następnie wpadła mi w ręce powieść Jonathana Carrolla pt. "Kraina Chichów (link). Od mojego kuzyna usłyszałem opinię, że jest to bardzo dobra książka więc tym bardziej nie mogłem się doczekać jej "skonsumowania".

Zacznę od tego, iż lubię narrację pierwszoosobową. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to proste prowadzić książkę w ten sposób, jednak dzięki temu dużo łatwiej jestem w stanie utożsamić się z główną postacią.

Autor opowiada historię pewnego nauczyciela języka angielskiego zafascynowanego twórczością Marshalla France`a, wybitnego powieściopisarza. Największym marzeniem naszego bohatera jest napisanie jego biografii. Wraz z niedawno co poznaną kobietą o jazzowo brzmiącym imieniu Saxony, wyrusza do rodzinnego miasta swojego idola Galen, aby uzyskać zgodę jego córki na napisanie książki. Sprawy zaczynają się komplikować gdy między naszym biografem, a wyżej wspomnianą córką zaczyna iskrzyć. Tak naprawę nie chodzi tylko o iskrzenie, co o dość nietypowe zdarzenia obserwowane przez Tomasza (głównego bohatera) oraz Sax.

Mniej więcej po połowy książki czytało się fantastycznie. Zapowiadało się na naprawdę rozbudowane opowiadanie ze świetnie prowadzoną akcją. Jednak mniej więcej wtedy zorientowałem się... że do końca książki niedaleko! Jak to? Przecież on nawet połowy biografii nie napisał, a za 50 stron jest koniec?? Nagle akcja zaczęła przyspieszać, wręcz skakać. Momentami nie wiedziałem co się dzieję! Na dodatek poczułem się, jakby ostatnie rozdziały napisane były przez Stephena Kinga... O dziwo nie było to pozytywne odczucie, pomimo całej mojej sympatii dla tego pana.
Książka kończy się nagle, bez żadnego ostrzeżenia i właśnie do samego zakończenia mam największe zastrzeżenia. Nie podobało mi się, koniec kropka. Miałem wrażenie, że Carroll miał do oddania książki dosłownie godziny i pisał je na kolanach pod drzwiami wydawnictwa.

Jednak powieść jako całość muszę ocenić pozytywnie. Historia jest ciekawa, z pewnością bardzo nietypowa i opowiedziana całkiem sensownie. Wszystko trzyma się kupy (może poza końcowymi rozdziałami) i ani na chwilę nie można się nudzić. Moja ocena to takie +3/-4 (Jak zwykle niezdecydowany).

To chyba wszystko co mam do powiedzenia na temat tych dwóch książek. Mam nadzieję napisać coś więcej w najbliższym czasie i opowiedzieć o moim nowym lokum :)

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Riffs from Hell - prolog

Oj Czemysławie, Czemysławie...
Jak zwykle zabierasz się za wszystko od dupy strony... no może nie za wszystko, ale za większość.Ruszasz z jakąś serią najlepszych według ciebie riffów nawet nie tłumacząc co to jest ten "riff"!
Zapomniałeś, że są jeszcze na świecie tacy ludzie, którzy twierdzą, że jest coś lepszego od rock'a?? W swojej ignorancji pominąłeś tych nieoświeconych, tych nieuświadomionych.

Nie ma się jednak czego wstydzić! Sam Czemysław słuchał swego czasu rytmicznych dudnień ATB, a na jego czarnych spodniach dresowych dumnie widniały 4 białe paski. Tak było! Nawet nie próbuj się Czemku wypierać gdyż istnieją dowody świadczące przeciwko tobie. No i ci świadkowie... coś z nimi trzeba zrobić... ale to innym razem.

Wróćmy do teraźniejszości. Czemysław postanowił naprawić swój jakże karygodny błąd i wytłumaczyć w kilku zdaniach czy jest gitarowy riff.

Sprawa jest całkiem prosta. W każdej muzyce jest coś charakterystycznego, coś dzięki czemu utwory można łatwo rozróżnić, zapamiętać. O ile w rapie jest to beat to w rocku jest to riff. To taka część utworu, która najłatwiej wpada w ucho. Nie chodzi mi o to, że można ją łatwo zanucić (niech ktoś spróbuje zanucić Master of Puppets to stawiam piwo). Wokół riffu budowany jest zazwyczaj cały utwór. Riff często rozpoczyna kawałek i powraca wielokrotnie w trakcie jego trwania. Podobnie jak np. temat w jazzie.

Riff może przybrać różną postać od pojedynczej frazy, krótkiego motywu do części bardziej rozbudowanej solówki. Jest szkieletem większości rockowych utworów.

Na koniec test.
Z czym Wam się kojarzy "Smoke on the Water" Deep Purple albo "Iron Man" Black Sabbath?? (Jak nie znacie tych utworów to proszę się nie przyznawać i natychmiast odpalić YouTube'a!). Otóż to, kojarzy się z wiodącymi riffami!!!

Mam nadzieje, że Czemysław dobrze się spisał i rozwiał wszelkie krążące wątpliwości. Teraz pozostaje tylko liczyć na to, że wybierze rzeczywiście te najciekawsze riffy.
Bo w końcu zawsze musi być najlepszy...

Do zaś!!!


niedziela, 14 sierpnia 2011

Status update

Siemsko.

Coś się ostatnio zaniedbałem w pisaniu, ale postaram się w najbliższych dniach to nadrobić.
Jest niedziela, godzina 13.42. Dzisiejszy dzień jest przeznaczony na zbieranie sił na nadchodzący tydzień. Skoro sił nie ma to znaczy, że gdzieś je utraciłem. Okazji do tego były co najmniej kilka. W zeszłym tygodniu miałem przyjemność bawić się na statku podczas krótkiego rejsu po Wiśle. Efekt -> ból głowy do 15 następnego dnia i niezbędny Ibuprom.
Kolejny piątek (2 dni temu) o godzinie 20 ruszam do Wrocławia na imprezę. Tak, do Wrocławia. Na miejscu jestem ok 22.30 więc całkiem przyzwoicie. Biforek bardzo solidny, nawet za bardzo... W Bezsenności wylądowaliśmy o 1 i zajęliśmy najlepsze miejsca do siedzenia (a jakżeby inaczej skoro Kraków się bawi). Zabawa przednia (chociaż za pierwszym razem było lepiej) gdzieś do 5 rano. Prawie wszystko super, a jak wiadomo prawie robi wielką różnicę (amplitudy nastrojów były jednak bardziej drastyczne ostatnim razem). Powrót dziennym tramwajem, relaks na tarasie i o 6 do wyra. Sobota to dzień regeneracji. Tradycyjne śniadanko w południe, obiad w Spinaczu i wyjątkowo spokojna podróż powrotna (prawie jak w niemym filmie :P). A potem to już Kraków, a w Krakowie zawsze się coś dzieje :) No i się działo...

Czy poza imprezami dzieje się coś ciekawego? Pewnie. Za 2,5 tygodnia jeśli nic się nie zmieni będę bezdomny :P Szukamy mieszkania ale przeciętnie nam to idzie, może ten tydzień będzie szczęśliwszy :)
Temat mojej nogi póki co odłożony. Funkcjonuje normalnie, boli nie tak często jak wcześniej. Daję radę, choć może po prostu się przyzwyczaiłem do tego i wiem co mogę.

Aha, i ostatnia rzecz. Napisałem swego czasu pewien tekst, który zawierał poniższe zdanie. Do niedawna myślałem, że jednak się pospieszyłem, że jest inaczej. Teraz już wiem, że nie. Swoją drogą nie sądzę, żeby te słowa cokolwiek dla kogokolwiek oprócz mnie znaczyły ;)
"I wanna take this king's peer on a sunday's eve, hide it in a chest and never open again".

Tak wiem, jestem nienormalny :)

PS. Zgadnijcie gdzie zrobione zostało poniższe zdjęcie.
PPS. Kto się tam ze mną wybiera ? ;)

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Wejście Smoka Trailer

Szykuje się nie lada gratka dla miłośników teatru.
Już we wrześniu w teatrze Łaźnia Nowa odbędzie się premiera spektaklu "Wejście Smoka Trailer". Z tego co mi wiadomo, zapowiada się niesamowite widowisko, w którym uczestniczyć będą prawdziwi mistrzowie sztuk walki!!!

Osobiście za żadne skarby nie odpuszczę możliwości zobaczenia wujka oraz kuzyna w rolach Bruce'a i Brandon'a Lee! Ciekawe czy szkolenie przez mnichów Szaolin odniosło zamierzone efekty ;)

Zapraszam wszystkich bo warto!
Na zachętę link do strony promującej cały spektakl.

WEJŚCIE SMOKA TRAILER

PS. A może jakiś bilecik mi się uda załatwić... ;)

czwartek, 28 lipca 2011

Nowa gwiazda na piłkarskim niebie.

Neymar po raz kolejny udowodnił, że jest nieoszlifowanym diamentem w piłkarskim świecie. Jeśli ktoś miał wątpliwości co do tego, że kwoty oferowane przez największe kluby Europy za jego transfer są mocno przesadzone, to po obejrzeniu poniższego filmu powinien zmienić zdanie.

Neymar do Juve ;)

wtorek, 26 lipca 2011

Powrót do rzeczywistości.

Wszystko co piękne kiedyś się kończy.
Przedwczoraj wróciłem do szarej krakowskiej rzeczywistości...

Nie sądziłem, że tak szybko będzie mi brakować wakacyjnych uciech.
Niby mam jeszcze tydzień wolności, lecz to już nie to samo. Niektórych problemów nie da się dłużej ignorować i trzeba się z nimi zmierzyć.

Jednak VIP Trip był wyjątkowy. Jak było? Na blogu szczegółów nie zdradzę :P
Jeśli jest ktoś ciekawski to zapraszam na piwko/kawkę i pogaduchy. Żadnego internetowego czatowania! Tego typu wypady uświadamiają jak niezwykle ważne są kontakty międzyludzkie. Zwykła rozmowa, spacer, taniec znaczą dużo więcej niż facebook czy youtube. Zapamiętam każdy szczegół tego wyjazdu, dosłownie każdy...

Wiadomością dnia jest to, że poszukuję lokum. Mój poprzedni post możliwości wynajmu pokoju w naszym mieszkaniu nie jest już aktualny. Czas najwyższy na zmiany. Póki co wciąż Kraków ale kto wie, może kiedyś zdecyduje się na bardziej radykalne ruchy (pozdrawiam ekipę Wrocławską ;)).

Dziękuję wszystkim, którzy pomimo braku przypomnienia na facebooku pamiętali o moich urodzinach! Bardzo miło jest czytać życzenia leżąc do góry brzuchem na bałtyckiej plaży :)

Imprezka urodzinowa odbędzie się ze sporym opóźnieniem.
Przewidywany termin to połowa sierpnia.
O szczegółach później.

Pozdro600 od Ciepłego ;)



PS. Dla jasności to nie jest zdjęcie z obozu pracy tylko scena otwierania wina na plaży ;)

niedziela, 17 lipca 2011

VIP Trip

Plany, plany, plany, plany.
Dupa, dupa, dupa, dupa.

Tak właśnie skończyło się planowanie tegorocznych wspólnych wakacji.
Początkowo byłem mocno zirytowany całą sytuacją i faktem jak ludzie łatwo zmieniają zdanie lub też składają obietnice bez pokrycia. Z biegiem czasu mi przeszło, wrzuciłem na luz i powiedziałem sobie "Nic na siłę" (tzn. z niewielką pomocą sobie tak powiedziałem ale jednak!).

I co?
I za 7 godzin jadę na najbardziej spontaniczny wyjazd mojego życia. Gdzie? Powiem jak wrócę bo sam dokładnie nie wiem. Jedyne co wiem, to to, że będę się świetnie bawił. Łączność ze mną będzie mocno ograniczona więc jeśli macie jakąś sprawę do mnie to bardzo mi przykro musicie ustawić się w kolejce i grzecznie poczekać na mój powrót :)

"Wakacje to nie czas i miejsce. Wakacje to stan umysłu."
I tego się trzymajmy...

Adios!!!